WAŻNE
TERAZ

Najważniejsza deklaracja Trumpa? "Nie będę używał siły, tylko proszę"

recenzje (strona 76 z 85)

Jak & Daxter: Zaginiona Granica - recenzja

Jak & Daxter: Zaginiona Granica - recenzja

GRA Na pewno nie tylko ja czekam na pełnoprawną kontynuację przygód Jaka i Daxtera. Jeśli liczycie, że Zaginiona Granica spełni te nadzieje, to już na samym początku muszę was rozczarować. Po pierwsze, deweloperem nie są ojcowie serii - studio Naughty Dog. Do pracy znów zaprzęgnięto High Impact Games - ludzi, którzy mają na koncie spin-offy przygód innego bohaterskiego duo, czyli Ratcheta i Clanka. Po drugie, Zaginiona Granica ukazała się jedynie na PS2 oraz PSP (tę wersję recenzuję). Wygląda więc na to, że Sony chciało sięgnąć do portfeli graczy za pomocą znanego i lubianego tytułu, ale jednocześnie zrobić to możliwie małym nakładem sił. Ciekawi was, co z tego wyszło? ROZGRYWKA Fabuła jest mocno standardowa i przewidywalna. Jak, Daxter i Keira szukając źródła Eko docierają na skraj świata, gdzie padają ofiarami podniebnych piratów i poznają władcę potężnego miasta - Aeropy. To właśnie te frakcje będą przewijały się w trakcie przygody. Historia nie powala, bo choć pojawi się kilka ciekawszych momentów i zwrotów akcji, to należą one do tych mało zaskakujących i trudno tu mówić o jakimś motywowaniu gracza do pozostania przy konsoli. Oczywiście nie mogło zabraknąć również grzebania w przeszłości Jaka, który bardzo chciałby wymierzyć sprawiedliwość ludziom, odpowiedzialnym za jego obecny stan. W Zaginionej Granicy będzie miał okazję ich poznać. Jeśli chodzi o rozgrywkę, to żadnej rewolucji nie ma co szukać. Gra kontynuuje styl poprzedniczek i ani myśli wrócić do korzeni, czyli prawie czystej krwi platformówki. Stosunek elementów platformowych do strzelanin jest mniej więcej równy, więc każdy znajdzie tu coś dla siebie. Nawet ci, którzy chcieliby zobaczyć w akcji zmutowanego Daxtera (choć jego plansze nie powalają skomplikowaniem...).
Left 4 Dead 2 - recenzja

Left 4 Dead 2 - recenzja

GRA Valve postanowiło kuć żelazo, póki gorące i bardzo szybko zapowiedziało wydanie w bieżącym roku Left 4 Dead 2. Według wielu graczy zdecydowanie za szybko, bo firma miała tym samym złamać przyrzeczenie o długim wspieraniu "jedynki". Bojkot nie powiódł się, bo ilość przedpremierowych zamówień na sequel czterokrotnie przebiła wcześniejsze wartości. Dla laika może to być niezrozumiałe, bo rzut oka na kilka filmików pokazuje w zasadzie to samo, co mieliśmy w pierwszej części gry. Jednak, jak to zwykle bywa - diabeł tkwi tu w szczegółach. ROZGRYWKA Left 4 Dead pokazało, jak prostymi środkami można osiągnąć absolutne szczyty frajdy, płynącej z kooperacji w grze FPS. Hordy zombiaków pojawiające się zewsząd, kilka specjalnych typów, których pojawienie się błyskawicznie podnosiło ciśnienie (ech, ileż razy ostatnim słowem mocno nadszarpniętej ekipy był smutny okrzyk "Tank!"), prosty system no i niezapomniane finały. To sprawiało, że wprost nie mogłem się doczekać wieczornej masakry zarażonych. Co oferuje część druga? Wbrew zdrowemu rozsądkowi i obiegowym informacjom prawie rewolucję. Oczywiście, Valve wykorzystało ten sam silnik graficzny oraz olbrzymią większość pomysłów, które sprawdziły się przy okazji pierwszej gry, ale sama rozgrywka przebiega tu zupełnie inaczej. Przede wszystkim, nie działają już dwie, podstawowe strategie z "jedynki" i przeskoczenie tej zmiany jest naprawdę sporym wyzwaniem, dla graczy, którzy instynktownie powtarzają ograne zachowania.
Tekken 6 (po poprawce) - recenzja

Tekken 6 (po poprawce) - recenzja

Gra Rok 2009 to naprawdę dobry okres dla wszystkich fanów bijatyk. Mieliśmy kilka dużych powracających serii, ale również zupełne nowości i to w dodatku 2D takie jak BlazBlue: Calamity Trigger. Sam natomiast najbardziej czekałem na kolejny Turniej Żelaznej Pięści, czyli serię, która jest dla mnie wyznacznikiem standardów jeśli chodzi o bijatyki. Na Tekken 6 czekaliśmy 4 lata (pomijam DR na PSNie), ale zmiany od wydania na PS2 miały być naprawdę spore. Nowe tryby, w pełni działająca rozgrywka sieciowa, kilka nowych postaci i świetna grafika - tyle by mi wystarczyło. W tej recenzji odpowiemy sobie na pytanie czy Namco Bandai dobrze spożytkowało ten czas i stworzyło hit tego poziomu, co poprzednie części serii. Rozgrywka Tekken 6 nie zrewolucjonizował rozgrywki w żaden sposób i to wciąż bijatyka, w której dwóch kolesi okłada się rękami i nogami. Największą nowością, a zarazem porażką jest tutaj tryb scenariusza, w którym z walk na arenach Namco postanowiło zrobić chodzoną bijatykę z pseudofabułą. Nad tym trybem dość długo znęcałem się w pierwszych wrażeniach, więc teraz obiecuję skrócić opis do minimum. Słaba grafika, niedziałająca kamera, trudności w sterowaniu i kiepskie sceny przerywnikowe - tak można streścić tryb scenariusza. Nie byłoby w tym nic złego, bo przecież wszyscy wiemy, że nie o to chodzi w Tekkenie, gdyby Namco tak silnie nie promowało tego trybu. Większość osiągnięć/trofeów dotyczy właśnie niego. Dodatkowo kasę potrzebną na zmianę wyglądu postaci również najszybciej zdobędziemy w scenariuszu, gdzie za jedną planszę dostajemy koło 100-150 tysięcy, a za jedną walkę na arenie raptem 5. Najbardziej żenujące natomiast było zablokowanie filmików końcowych postaci (kto grał w któregoś Tekkena ten wie, że wyglądają super) w trybie Arcade, obejrzymy je jedynie walcząc na arenie w trybie scenariusza.