recenzje (strona 77 z 85)

Assassin`s Creed 2 - recenzja

Assassin`s Creed 2 - recenzja

GRA Podobnie jak wielu graczy, nie byłem do końca zachwycony pierwszą częścią Assassin's Creed. Nie podobały mi się schematyczne, bezsensowne śledztwa, nie podobały mi się martwe, choć przecież zaludnione dziesiątkami tysięcy mieszkańców, miasta, nie podobało mi się, że autorzy kazali graczom powtarzać dziewięć razy tę samą misję, nie podobały mi się dialogi i sposób prowadzenia akcji w czasach "altairowych", a pięciominutowe, nudne jak flaki z olejem pogadanki z konającymi ofiarami doprowadzały mnie do białej gorączki. Po (dwukrotnym) skończeniu całości nadal nie mogę się pozbyć wrażenia, że AC był tak naprawdę straconą szansą. Na szczęście, świetna sprzedaż dała autorom okazję do poprawienia błędów. I poprawili. Poprawili tak, że czasem zastanawiam się, czy Ubisoft Montreal nie zamontował podsłuchu w mojej głowie. Bo niemal wszystko co złego myślałem sobie o części pierwszej, w drugiej zostało zrobione tak, jak można sobie tego zażyczyć. Assassin's Creed II zaczyna się dokładnie w tym momencie, w którym skończyła się 'jedynka'. Desmond Miles stoi zamknięty w laboratorium Abstrego, gdy nagle... Nagle wydarza się coś, przez co Desmond staje się jednym z pierwszych oblatywaczy Animusa 2.0 i wciela się w kolejnego swojego przodka, którym jest oczywiście Ezio Auditore di Firenze. Tym razem Desmond nie szuka jakiegoś bliżej nieokreślonego przedmiotu tworzącego iluzje (choć będzie się on przewijał w tle). Zadanie bohatera jest proste - żyjąc życiem Ezio ma nauczyć się bycia asasynem. Połączenie światów podobało mi się już w pierwszej części, bo uważam, że to bardzo elegancki sposób na pozbycie się kołka niewiary. Tu dzięki kilku zmyślnym trikom rozciągnięto je jeszcze dalej i to nawet mimo tego, że większość czasu spędzimy w skórze przodka, z rzadka wracając do współczesności (czy właściwie bliskiej przyszłości, bo akcja Assassin's Creed toczy się w roku 2012).
Dragon Age: Początek - recenzja

Dragon Age: Początek - recenzja

GRA Jak zrobić RPGa, który dostarczy wszystko to, co dobry RPG powinien, ale jednocześnie nie zanudzi współczesnych graczy skomplikowaną rozgrywką, niezrozumiałymi zasadami i dziwacznymi rozwiązaniami? Wydaje się, że Bioware zadawało sobie dokładnie to pytanie, kiedy projektowało Dragon Age. 'Zostawmy nasz słynny system wyborów moralnych, olbrzymi świat i gazylion postaci z którymi można rozmawiać godzinami i opakujmy to World of Warcraft!' zakrzyknęli projektanci. 'Hurra! To świetny pomysł' odpowiedzieli im PRowcy. 'Zareklamujemy to wszystko cyckami i krwawą sieką - to się nie może nie sprzedać' - dodali marketerzy. I tak powstała jedna z najlepszych gier RPG ostatnich kilku lat. Dragon Age nie odkrywa nowych lądów. Jest grą zaskakująco zachowawczą, łączącą klasyczne elementy gier Bioware, z zupełnie nowym interfejsem i systemem rozgrywki. Jest tu odpowiednio epicka historia, są potężni bossowie do zabicia, zagadki do rozwiązania i magiczny sprzęt do zdobycia. Akcja toczy się w krainie Ferelden, która odrobinę zalatuje Sapkowskim - masa tu politykowania, wbijania sobie noża w plecy i męczenia biednych nie-ludzi (zwłaszcza elfów), którzy bywają tu sprowadzani do roli niewolników. Świat nie jest czarno-biały, tak jak podejmowane przez nas wybory nie są jednoznaczne. Co prawda w większości przypadków można się łatwo zorientować, czy postępujemy szlachetnie czy podle, ale w wielu miejscach trzeba się dwa razy zastanowić, zanim podejmie się wiążącą decyzję.
WET - recenzja

WET - recenzja

Gra Co się stanie jeżeli stylistykę filmów Quentina Tarantino, a zwłaszcza Kill Billa, spróbujemy przenieść do świata gier? Powstanie WET. Najeżona intensywną akcją gra, o pięknej zabójczyni, która się kulom nie kłania. To stwierdzenie, choć doskonale oddaje charakter gry, nie mówi jednak nic o jej mechanice. Muszę zatem dodać, że twórcy postanowili zaserwować nam miks strzelanki, slashera i elementów platformowych, czyli typową grę akcji z widokiem zza pleców naszej bohaterki. Ogromny nacisk położono też na efekt bullet-time, czyli znane choćby z Matrixa zwolnienie czasu, w którym możemy dokonywać różnych karkołomnych wyczynów. A w zasadzie musimy, bo inaczej Rubi (bohaterka gry) nie przeżyje w starciu z hordami przeciwników. Gracz WET powinni zainteresować się przede wszystkim fani wspomnianego reżysera, którzy poczują się w wykreowanym świecie jak w domu. Na wrażenie obcowania z jednym z dzieł Tarantino wpływ mają grafika, muzyka a także postacie i niespodziewane przerywniki filmowe rodem z Grindhouse. Niestety zabrakło trochę autoironii jaką miał Kill Bill. Nad przygodami Rubi pochylić się mogą również fani Stranglehold, którzy polubili strzelanie przy zwolnionym upływie czasu, bo tutaj to praktycznie jedyna skuteczna metoda walki. Również wielbiciele slasherów i szybkich strzelanin (bo chwilami miałem wrażenie, że WET to właśnie taki slasher, tyle, że z bronią palną) mogą spróbować.
Guitar Hero 5 - recenzja

Guitar Hero 5 - recenzja