recenzje (strona 78 z 85)

Singstar: Polskie Hity - recenzja

Singstar: Polskie Hity - recenzja

Gra Chyba każdy w swoim życiu miał chociaż raz do czynienia z grą karaoke, więc wyjaśnianie, że chodzi o dobrą zabawę przy śpiewaniu znanych hitów wydaje mi się bezcelowe. SingStar jako seria miał już około miliona części... No dobra - przesadziłem, ale naprawdę wyszło ich całkiem sporo i co roku nie obędzie bez kilku specjalnych wydań poświęconych konkretnego rodzajowi muzyki czy też zespołowi. Polacy długo czekali na pierwszego SingStara na PS3 z polskimi piosenkami, ale w końcu się udało i tym razem mamy cały krążek zapchany naszymi, rodzimymi utworami. Żadnych kompromisów, czyli 25 utworów na PS2 i 30 na PS3. Ta recenzja ma za zadanie skupić się na doborze utworów i ocenie, czy SingStar: Polskie Hity faktycznie nadaje się na imprezę, gdy wpadną znajomi, czy może nadal będziemy musieli siedzieć przy SingStar: Lata 80-te. Gracz Tutaj nie mam wątpliwości - to może być naprawdę każdy, kto nie boi się chwycić za mikrofon i choćby zanucić. Najważniejsze, że na płycie znalazły się same polskie kawałki, co oznacza, że w końcu nie trzeba będzie wcielać się w jakieś angielskie gwiazdy, tylko będziemy mogli wcielić się w nasze, rodzime ikony muzyki rozrywkowej. Dzięki temu nie powinniście mieć problemów z zachęceniem do gry osób, które są bardziej wstydliwe. W końcu każdemu z nas zdarza się słuchać radia. W dodatku nie wierzę, żeby znalazł się Polak, który nie wie, co to za zespół Feel.
Batman: Arkham Asylum - recenzja

Batman: Arkham Asylum - recenzja

GRA Wydaję mi się, że wielu z Was może myśleć, że Batman: Arkham Asylum to przede wszystkim chodzona nawalanka. Większość materiałów, promujących tę grę a także wypuszczona jakiś czas temu wersja demonstracyjna skupiały się głównie na naparzaniu atakujących z każdej strony popleczników Jokera. Fakt, walka jest ważnym elementem przygody stworzonej przez studio Rocksteady, ale prawie łeb w łeb idą z nią eksploracja wyspy Arkham i powiązana z nią zabawa w detektywa. By zebrać wszystkie sekrety będziecie musieli wykazać się nie tylko refleksem, ale i bystrym okiem. Przy okazji przynależności gatunkowej gry koniecznie należy wspomnieć, że autorzy mocno postawili na atmosferę towarzyszącą przygodzie (wrócimy jeszcze do tematu), dzięki czemu gra wciąga jak bagno, nawet pomimo tego, że gdy mocniej się zastanowić, to fabuła nie jest przesadnie świeża czy zaskakująca. Ot, Joker zmienia Azyl w prywatny plac zabaw, w którym główną atrakcją jest człowiek udający nietoperza i każdy ma ochotę na odpłacenie mu za lata pilnowania porządku na ulicach Gotham. GRACZ Fanów Nietoperza przekonywać do Arkham Asylum nie zamierzam. Ta gra jest po prostu spełnieniem większości ich marzeń (może jeszcze nie tych najświeższych - Nolanowych, chociaż czasem muzyka uderza w znajomą nutę, a i specjalny tryb wizji również mocno kojarzy się z jedną ze scen z Mrocznego Rycerza). Ja komiksy o Batmanie czytałem w czasach podstawówki, a serialu animowanego prawie nie kojarzę, dlatego wiem, że mogę z czystym sumieniem polecić tę grę również graczom, którzy nie zakładają majtek na spodnie. Nie ważne, czy spędzacie przed konsolą dwie godziny co dwa tygodnie, czy nie wyłączacie sprzętu do momentu wyciśnięcia z gry wszystkich soków. Wystarczy lubić dobre gry i pozbyć się postawy pt. „wszyscy pieją z zachwytu, więc pewnie kicha”, by znaleźć w Arkham Asylum coś dla siebie. O resztę zatroszczy się już Joker, górujący nad wyspą Arkham szpital psychiatryczny oraz jego mniej lub bardziej znani pensjonariusze.
Overlord 2 - recenzja

Overlord 2 - recenzja

GRA Overlord 2 to oczywiście sequel do jednej z oryginalniejszych gier 2007 roku. Początkowo może się wydawać, że zaszły duże zmiany, ponieważ grę rozpoczynamy w skórze małoletniego wyrzutka ze skłonnościami do magii i okrucieństwa (niszczenie śnieżnych bałwanów, napastowanie innych dzieci itp.). Jednak w chwilę po ukończeniu tego samouczka wracamy na stare śmieci. Poczciwy Gnarl ożywia przyszłego Mrocznego Władcę i stara się przygotować go do objęcia władzy nad królestwem. Tym razem trzeba wyrwać je z rąk panoszącego się dookoła Imperium , któremu nie wystarcza panowanie nad światem. Zamierza dobrać się również do mrocznych Zaświatów, gdzie znajduje się domena Mrocznego Władcy. Przy okazji policzymy się z wielbiącymi wszystko, co milusie elfami i wyjaśnimy kilka spraw z przeszłości głównego bohatera. Jeśli nie graliście w część pierwszą, to dla porządku dodam, że gra jest połączeniem elementów akcji, rpg i strategii, choć teraz pierwszy z gatunków zdecydowanie w tej części dominuje. GRACZ W przypadku sequela, odpowiedź na pytanie - do kogo jest kierowany jest z reguły prosta. Autorzy zwykle poprawiają niedociągnięcia, dorzucają nowe elementy i w myśl zasady „byle nie zepsuć” (zwanej ostatnio również „więcej i lepiej”) i mamy grę dla tych, którym poprzedniczka przynajmniej w części przypadła do gustu. Przy Overlord 2 sytuacja nie jest jednak tak prosta.
Sacred 2: Fallen Angel - recenzja

Sacred 2: Fallen Angel - recenzja

Guitar Hero: Metallica - recenzja

Guitar Hero: Metallica - recenzja

Trash Panic - recenzja

Trash Panic - recenzja

Gra Wydawałoby się, że w kwestii klonów Tetrisa wymyślono już wszystko. Na szczęście w takich sytuacjach na ratunek przybywają Japończycy, wymyślając coś, co przekonuje mnie do zweryfikowania poglądów i sprawdzenia jeszcze raz dobrze znanej mechaniki. Tym razem postawiono przed nami wielki śmietnik, który po prostu musimy zapełniać co rusz wyrzucanymi śmieciami, pamiętając jednak o tym, że ma on ograniczoną pojemność, a śmieci wciąż przybywa. Tak w uproszczeniu wygląda rozgrywka w Trash Panic. Na szczęście możemy je rozbijać czy kruszyć przy zrzucaniu oraz niszczyć w bardziej wymyślne sposoby. Ekologicznie, przy wykorzystaniu wody lub bardziej siłowo - palimy wszystko na potęgę. Co prawda celem samym w sobie jest przejść do kolejnej planszy, czyli nie stracić 3 przedmiotów, które wypadną ze śmietnika, ale mimo wszystko za nasze występki jesteśmy jednak oceniani, więc warto być ekologicznym. Gracz Szczerze mówiąc to nie wiem, komu miałbym polecić ten tytuł. Z idei wydawało mi się jasne, że będzie to produkcja z typu zabaw logicznych, gdzie gracze będą mogli popisać się sprytem i pomysłami, a nie tylko zręcznością. W praktyce okazało się jednak, że niedopracowana mechanika zmusiła mnie do weryfikacji poglądów. To jest gra dla masochistów i to oni czerpać będą z niej najwięcej przyjemności. Co prawda wiem, że pojawi się grupa ludzi, która zakocha się w tym tytule, tak samo jak są ludzie, którzy trzaskają eksperta w Guitar Hero czy miliardy punktów w Geometry Wars. Tutaj również rozgrywka wciąga i często nawet po 20 czy 30 porażkach chcemy próbować dalej, bo czegoś się przy okazji dowiadujemy. Oj tak, zdecydowanie jest to gra dla osób o mocnych nerwach i zacięciu, więc jeśli szukacie wyzwania to znajdziecie je w Trash Panic i to nawet na poziomie easy. Ja przyznam, że spróbowałem na normal i po trzymaniu konsoli włączonej przez 24 godziny, zrezygnowałem na ostatniej planszy Niestety, deweloper nie wpadł na to, żeby główny tryb rozgrywki uwzględniał opcję zapisu stanu gry czy kontynuacji. Jasne, to czyni rozgrywkę trudniejszą, ale nawet z doświadczeniem zdobytym wcześniej możemy nie dać rady. O tym dlaczego, poniżej...
Phantasy Star Portable - recenzja

Phantasy Star Portable - recenzja

Gra Wyobrażam sobie, że Phantasy Star to jedna z tych serii, które obiła się graczom o uszy, ale nigdy nie trafiła w ich ręce. Świetność jej przypada jednak na czasy Dreamcasta, więc większość młodszych graczy może podchodzić do niej nieufnie. Sega próbowała przywrócić jej dawną dumę iteracjami na PS2 i Xboksie 360, a teraz również na PSP. Sama zabawa polega na przyjemnym wybijaniu potworów w kooperacji z innymi graczami, czyli u podstaw jest podobna do Diablo i innych tego typu tworów. Tutaj oczywiście wszystko jest opakowane japońską stylistyką i wrzucone w świat science fiction. Wygląda ciekawie na papierze, ale niestety niezbyt sprawdza się w praniu, bo gra nie posiada trybu Infrastructure. Gracz Bardzo trudno jest mi wskazać osoby, które powinny po Phantasy Star Portable sięgnąć. Przede wszystkim dlatego, że u nas raczej trudno będzie znaleźć 3 innych znajomych, którzy zakupią grę i będziemy się z nimi tak często spotykać, by czerpać radość z wspólnego wybijania potworów. W Japonii sytuację ratuje Ad-hoc Party, ale na naszym kontynencie Sony nie kwapi się by go wprowadzić, co dość mocno ogranicza grono odbiorców. Nie zrozumcie mnie źle - samotna walka z kolejnymi przeciwnikami daje sporo radości, ale tak naprawdę to, co jest największym atutem to wspólne rajdy na wrogów. Do tego dochodzi zbieranie kolejnych zestawów ubrań i broni oraz poznawanie, jak każdą z nich się walczy. W miłym towarzystwie nawet nie zauważamy jak mijają kolejne godziny.
Red Alert 3: Ultimate Edition - recenzja

Red Alert 3: Ultimate Edition - recenzja

Gra Command & Conquer: Red Alert 3 Ultimate Edition to rasowa strategia czasu rzeczywistego, będąca przełożeniem z wersji PC. O moich pierwszych wrażeniach z obcowania z tym tytułem mogliście przeczytać tutaj. Wspominałem w tamtym tekście, że Red Alert 3 wpasowuje się w specyficzny klimat uniwersum dzięki ciekawej, alternatywnej historii prezentowanej poprzez świetne scenki przerywnikowe. Rozgrywka oczywiście najczęściej polega na zbudowaniu bazy, zebraniu armii i zmiażdżeniu przeciwnika. Ten schemat działał w milionach strategii przed Red Alertem 3 i sprawdza się również tutaj. Gracz Sięgając po Red Alert 3 musicie spełniać dwa warunki - mieć ochotę na strategię czasu rzeczywistego oraz posiadać komputer, który wersji PC nie odpali. Niestety, pomimo starań dewelopera i znośnego sterowania nadal pozostaje faktem, że w to wszystko lepiej grałoby się myszką i klawiaturą. Jeśli jednak lubicie wyzwania, jesteście wygłodniali strategi, a dawniej ten gatunek bardzo Wam odpowiadał, to warto spróbować powalczyć z wydaniem konsolowym. Jeśli zaś chodzi o historię w Red Alercie to nie należy się sugerować numerkiem '3' przy tytule. Fabuła nie jest w zasadzie powiązana z poprzednimi częściami, więc jeśli będzie to Wasza pierwsza gra z tej serii, to nic nie stracicie. Sterowanie wyjaśnione jest przez troszkę przydługie tutoriale, które niestety trzeba przejść, bo bez nich ani rusz w samej grze. Z drugiej strony nawet osoby, które nie są przyzwyczajone do rozgrywki w RTSach dostają wszystko ładnie podane na tacy, więc raczej nie powinny czuć się zagubione.
X-Men Origins: Wolverine - recenzja

X-Men Origins: Wolverine - recenzja

Gra X-Men Origins: Wolverine to gra TPP luźno związana z filmem o tym samym tytule. Wspólne elementy są w niej przemieszane z autorską wizją studia Raven. Skoro bohaterem jest Wolverine to odkrycie, że w grze chodzi o rozsmarowywanie po okolicy kolejnych przeciwników trudno nazwać zaskoczeniem. Autorzy wzorowali się przede wszystkim na serii God of War, aczkolwiek dorzucili również odrobinę Tomb Raidera - proste zagadki, wspinaczka, tajemnicze świątynie skryte gdzieś w dżungli. Jednak eksploracja poziomu bez chmary przeciwników dookoła to tylko margines całej gry. Większość czasu spędzicie wypruwając flaki z kolejnych wrogów. Gracz Sięgając po Wolverine musicie wiedzieć, że gra jest brutalna. Pozbawianie przeciwników członków, nabijanie ich na wszelkie wystające elementy otoczenia, fontanny krwi i zwolnienia czasu, umożliwiające przyjrzenie się szczegółom tych akcji to w produkcji Raven chleb powszedni. Miłośnicy chodzonych bijatyk błyskawicznie odnajdą się w zaproponowanym tu systemie walki i będą potrafili czerpać z niego dużą satysfakcję. Doświadczenie nie jest tu jednak konieczne, ponieważ autorzy nie przesadzili z poziomem trudności. Obycie z padem będzie po prostu skutkowało dłuższymi i ciekawszymi combosami, a co za tym idzie większą liczbą punktów doświadczenia. Nie liczcie jednak, że Raven skupił się mocno na elementach RPG - rozwój bohatera jest co prawda odczuwalny (możemy kupować ulepszenia i faszerować Logana mutagenami, zwiększając obrażenia czy zdrowie), ale opcji mamy w nim bardzo mało.