To ciekawy zbieg okoliczności, że rok, któremu spokojnie możemy przylepić łatkę "roku sandboksów" kończy się właśnie premierą gry z tego gatunku. Wraz z ukończeniem prac nad The Saboteur "skończyło się" również studio Pandemic. Gwóźdź do trumny, czy łabędzi śpiew? O tym w dalszej części recenzji. Na razie podsumujmy kilka faktów. Tytułowym sabotażystą jest Sean Devlin. Stereotypowy Irlandczyk z krwi i kości - zielonooki, skory do bitki, niestroniący od mocnych trunków i łatwych kobiet. Z całego serca nienawidzi nazistów (i ma ku temu naprawdę dobre powody), ale za Francuzami i Brytyjczykami również nie przepada. Druga Wojna Światowa (pomińmy proszę milczeniem, że według gry wybucha ona w 1940 roku...) zastaje Seana we Francji, konkretnie w Paryżu. A jeszcze konkretniej w burdelu,w którym Irlandczyk topi smutki w kolejnych kieliszkach. Niezłe miejsce na początek francuskiego ruchu oporu, prawda?