Graj utracony: Czy Gordon Freeman cierpi na hemoroidy?
"W kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku" - tego dowiedzieliśmy się z okazji pierwszego "Obcego". Był 1979 rok, dzieci w USA chodziły już wieczorami grać w świeżutkie Space Invaders na automatach. Minęło trzydzieści lat, od czasu najeźdźców gościliśmy w kosmosie niezliczone ilości razy, trzymając w spoconych łapkach najpierw joysticki, potem klawiatury i pady. Były symulacje, były pełne mutantów rozwałki, były niczego sobie kultowe strategie i pełne zbędnych przedmiotów rpegi, spokojnie można powiedzieć, że kosmos jako Ostateczna Granica został przez graczy zdobyty. I jako jeden ze zdobywców wnoszę poprawkę do zapowiedzi Ridleya Scotta sprzed trzech dekad. W kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku. Prawda. Ale też nikt nie usłyszy twojego śmiechu. A już na pewno nie w grach. Ponieważ gry - z jakiegoś kosmicznego powodu - to najbardziej podniosła, nabzdyczona, patetyczna i poważna jak śmiertelna choroba branża rozrywki. Choćbym codziennie robił gwiazdy na polach minowych, starczyłoby mi palców u rąk i nóg, żeby wyliczyć pozycję NAPRAWDĘ śmieszne. I w tym miejscu chciałbym dramatycznie zapytać: dlaczego? Za co ta tortura?