Ostatnią grą którą warto przywołać, kiedy dyskusja dotyczy sztuki, a zwłaszcza gdy schodzi Ostatnią grą, którą warto przywołać, kiedy dyskusja dotyczy sztuki, a zwłaszcza gdy schodzi ona na literaturę, jest Planescape: Torment. Mógłbym długo rozwodzić się na temat wysmakowanej strony graficznej, doskonałej muzyki autorstwa Marka Morgana, który zrobił również muzykę do dwóch pierwszych Falloutów, nastroju, pomysłowości z jaką przedstawiony jest świat i jego bohaterowie (m.in. sukub, były anioł, który obecnie prowadzi Burdel Zaspokajania Żądz Intelektualnych), skoncentruję się jednak na dwóch rzeczach. Po pierwsze, trzy różne zakończenia historii w funkcji wyborów gracza, czyli możliwość wyboru własnej wersji zwieńczenia fabuły. Po drugie, chyba nawet ważniejsze, skrypt Planescape Torment zawiera ponad 800 000 słów tekstu - dla porównania Ciemna Strona Słońca Terry'ego Pratchetta zawiera ok. 40 000 słów, a Terytorium Komanczów Artura Perez-Reverte ok. 20 000 słów. Oczywiście, sama ilość nie świadczy o jakości tekstu, gdyż inaczej czterdzieści siedem tomów Sagi o Ludziach Lodu byłoby lekturą obowiązkową we wszystkich krajach, stanowi jednak przesłankę, że fabuły nie muszą być proste ani krótkie. Osobiście uważam opowieść Planescape: Torment za godną tuzów literatury, ale nawet gdyby ktoś nie dowierzał moim osądom i gustom czytelniczym, to ciężko nie zgodzić się z liczbami - jest to gra o bardzo książkowym charakterze. Samo to obala argument Eberta, że "nikt nie był nigdy w stanie przytoczyć gry wartej porównania z wielkimi poetami, twórcami filmów, pisarzami i poetami" (powtórzenie poetów nie jest błędem moim, a Eberta): taka ilość tekstu pozwala czynić porównania między Planescape: Torment a ambitnymi tomami literatury. Być może nie wypadną one na korzyść gry, ale nie jest też tak, że w ogóle są one nieuzasadnione.