Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeBattlefield V – recenzja. Druga wojna w budowie

Nigdy nie pomyślałbym, że przyjdzie taki rok, w którym będę chwalić CoD-a za brak singla, a twórców nowego Battlefielda ganić za jego stworzenie…

Facebook Twitter Google Wykop

A jednak… pierwsze miało miejsce jakiś miesiąc temu, na drugie właśnie przyszła pora. To gra Activision od lat kojarzyła się ze świetnymi singlami, gdzieś z pogranicza filmu akcji. Wtedy przez długie lata seria DICE pozostawała poza nurtem moich zainteresowań. Właśnie przez brak singla. Słabszy niż teraz Internet i brak przekonania, że może być to dobra zabawa długo odstraszały mnie od serii. By zmienić podejście, w moim życiu wydarzyć musiało się dopiero Bad Company 2, które kupiłem ze względu na świetną kampanię, a potem zostałem na dłużej.

Platformy: PC, PS4, Xbox One
Producent: DICE/EA
Wydawca: EA
Dystrybutor: EA Polska
Data premiery: 20.11.2018
Wersja PL: napisy
Wymagania sprzętowe: Windows 7, Inte Core i5 6600K/ AMD FX-6350, 8 GB RAM, GeForce GTX 660 / Radeon HD 7850, 50 GB HDD
Grę do recenzji dostarczył dystrybutor. Graliśmy na PC. Zdjęcia pochodzą od redakcji.

Od tego czasu jednak obie wizje – zarówno DICE jak i Acti – zaczęły się wypalać. Skutkiem czego było coraz większe kombinowanie z formułą interaktywnego filmu. Zadania poboczne, wybory, coraz bardziej udziwnione realia… To Activision pierwsze wiedziało jednak, kiedy należy ze sceny zejść. DICE natomiast wykonało o jeden krok za dużo.

Z dwojga złego, lepszy trzeci

Kampania single składa się w Battlefieldzie ponownie z prologu oraz kilku opowieści wojennych. Domyślnie będą cztery, acz ostatnia, prawdopodobnie najciekawsza, gdzie wcielimy się w dowódcę zbuntowanego tygrysa, trafi do nas dopiero w grudniu. Obecnie możemy poznać losy jedynie trzech bohaterów. Zaczniemy od niesfornego Brytyjczyka, którego na front afrykański wysłano w 1941 roku wprost z więzienia (jako rabuś był mocno nieudolny, ale dowództwu imponowała jego nieustępliwość. W przeciągu trzech krótkich poziomów nasz bohater niszczy cenne zapasy wroga, aż wreszcie w finale dokonuje cudów jako one man army odpierając gigantyczny najazd przeciwników. Gra się może i fajnie, ale pytam się – gdzie w tym druga wojna światowa, pomijając może świetne modele broni i pojazdów?

Nim jednak upłynie godzina, gra każde nam wzuć buty Solveig, młodej Norweżki, która próbuje uratować matkę z kabały związanej z tzw ciężką wodą. Problem nie polega jednak na tym, że naród niemiecki woli butelki pięciolitrowe, a na tym, że w “wodzie” tej dominuje deuter. Jest to masywniejszy izotop helu z dodatkowym protonem, co sprawia, że tworzy się wybuchowa mieszanka, która służy do masowego krzywdzenia przez Niemców swoich “bliźnich”. Solveig również jest jednoosobową armią, a ponadto jeździ na nartach tak, że sam Andrzej Bargiel by się nie powstydził. Nie straszne jej nie tylko trawersy, ale też skoki z dużych wysokości czy dynamiczna jazda pod górę bez kijków. A że właśnie zaczyna się zimowy sezon sportowy, aż przypominają się biegaczki-astmatyczki z Norwegii. Ponownie pytam jednak – gdzie w tym druga wojna światowa, pomijając może to, że zjazdówki to zwykłe deski, a nie taliowane w środku carvingi?

I kiedy już zwieszamy głowę to nagle… w kolejnej opowieści pojawia się nareszcie klimat wojny. Tym razem zostajemy czarnoskórym francuzem-filozofem, który walczy na froncie, a w przerwie między kolejnymi odbitymi punktami, lubi aksamitnym francuskim (zamiast polskiego dubbingu każdy bohater mówi w narodowym języku, co się chwali) ponarzekać na panujący w armii rasizm czy też to, że na wojnie ordery dostają niekoniecznie najodważniejsi. No nareszcie coś, co wywołuje emocje. Choć wywoływałoby ich z trzy razy więcej, gdyby mądre przemyślenia bohatera nie przeplatały się z filozoficznymi andronami, godnymi książek Paulo Coelho.

Pokaz technologii

Single pozostawiło po sobie zatem dość nijaki obraz. Wszystko dlatego, że DICE zrezygnowało tym razem z jakiejś większej narracji na rzecz mniejszej liczby nieco bardziej otwartych map. I nie zrozumcie mnie źle – wcale nie krytykuję tego, że po zniszczeniu w pierwszej opowieści zapasu wrogich rakiet możemy albo dybać na piechotę albo też porwać z pasa startowego myśliwiec i wlecieć nim w kolejny cel, samemu wyskakując parę metrów nad ziemią. To, co służy jednak uatrakcyjnieniu rozgrywki, zabija też jakikolwiek klimat wojny.

Jak na tak nieudaną kampanię marketingową gra DICE prezentuje się świetnie na ringu.

Inna też sprawa, że i te otwarte mapy zagospodarowano dość słabo – poza garstką celów fabularnych, możliwych do spełnienia w jakieś 4 godziny, da radę bawić się też w wysadzanie wszystkich beczek w danej lokacji czy szukanie listów. Jedyny sens odpalania kampanii polega na tym, że sama oprawa graficzna wygląda tu jakby odrobinę lepiej, niż podczas zabawy przez sieć. W tym zaś przypadku „trochę lepiej” oznacza natomiast, że wygląda wręcz niebywale, nawet bez Ray Tracingu. DICE udało się osiągnąć wręcz kosmiczny poziom i nie pozostaje mi nic innego, jak uznać „piątkę” za najwybitniejszą graficznie produkcję tej generacji. Wciąż trapioną oczywiście typowymi dla silnikami Frostbite problemami typu postaci czołgające się w powietrzu, wariujący czasami ragdoll czy przenikające się obiekty – nic mocno uciążliwego, acz znamy to jeszcze z Battlefielda 3… Podobnie rzecz ma się z wyśmienitym dźwiękiem – muzyką tej gry są niesamowite dźwięki pola walki. W Battlefielda V bawiłem się dodatkowo w słuchawkach z wirtualnym dźwiękiem przestrzennym 7.1, więc doznania były po prostu niezwykłe.

To lepsze strzelanie

Wiem jednak, że gdyby nie recenzja, nawet tak krótkiego singla nie chciałoby mi się ukończyć. Nim jeszcze dobrnąłem do napisów końcowych, zdążyłem posmakować multiplayera i czekałem tylko na moment, gdy będę mógł poświęcić mu się w pełni. Oczywiście Battlefield V względem poprzednich części nie wymyśla koła na nowo, ale i tak pod względem skali wydarzeń jest niesamowity. Największą zasługą DICE jest przy tym wymyślenie takich zasad zabawy, że pomimo dużych map gracze wcale nie rozbiegają się, gdzie popadnie, podążając często falą. W Battlefieldzie V wcale nie chodzi o zdobywanie jak największej liczby fragów, ale o słuchanie rozkazów dowódcy, podążanie za grupą i wspieranie w walce innych graczy.

By jeszcze bardziej zwiększyć ducha wspólnej walki, twórcy zdecydowali się też wreszcie na umożliwienie reanimacji… każdej klasie. Nie oznacza to przy tym zniknięcia z gry medyka, który ponownie występuje w towarzystwie szturmowca, zwiadowcy i wsparcia. Różnica jest taka, że medyk ma na wyposażeniu strzykawkę, a reszta klas dysponuje tylko nieco idiotyczną animacją poklepywania po ramieniu. W drugim przypadku reanimacja oczywiście jest dłuższa, ale przynajmniej możliwa, gdy pod ręką nie ma akurat sanitariuszki (kobiecy model jest dla tej klasy domyślny).

Lokacje w większości są po prostu rewelacyjne.

Kompetencje medyka uszczuplono też nieco w kontekście odzyskiwania zdrowia. Podobnie jak w Call of Duty gracz dysponuje apteczkami, pozwalającymi podleczyć się w czasie walki. Różnica względem produkcji Activision jest taka, że nową otrzymujemy dopiero po respawnie (w Black Opsie 4 leczenie to umiejętność z krótkim cooldownem) lub od medyka, pasek życia odnawia się natomiast po jakimś czasie samoistnie. Nastawienie na wspólnotę jest zatem w Battlefieldzie V zarysowane od podstaw rozgrywki aż po ekran wyników, gdzie zamiast najlepszych graczy, prezentuje się właśnie najlepsze teamy.

Parę słów o mapach. Tych jest osiem, ale patrząc na ich rozmiar, jest to i tak imponująca ilość. Lokacje w większości są po prostu rewelacyjne. Już pierwszy sprint przez pola rzepaku na mapie Arras to olśnienie, a są też przecież dwie zimowe mapy. Trochę mniej ciekawa jest wioska, ale to tylko dlatego, że ciężko mierzyć się z zaśnieżonymi fiordami. Po górzystym, zaśnieżonym terenie biegało mi się po prostu fantastycznie. Z terenów miejskich mamy tym razem imponujący na pierwszy rzut oka Rotterdam. Na pierwszy rzut oka natomiast dlatego, że jest to lokacja mocno premiująca jednak granie snajperem – czego w multikach nie lubię. Mniej spodobały mi się też dwie afrykańskie mapy i chyba nie jestem w tym odosobniony – udało mi się na nie trafić dopiero po skorzystaniu z ręcznej wyszukiwarki serwerów i pogodzeniu się z wyższym pingiem.

Trybów zabawy też jest osiem, a poza wspomnianym podbojem mamy też np. dominację (pomniejszony podbój bez pojazdów), TDM, linia frontu czy przełamanie. Ogólnie nic tu szczególnie nie zaskoczy fanów Battlefielda. Jest też wreszcie tryb Grand Operation, gdzie gra przy wykorzystaniu motywów znanych z innych trybów skleja nam coś na wzór mini kampanii fabularnej. Ta toczy się w trakcie kilku dni, a na jej przebieg mają wpływ wyniki poszczególnych starć. Rzecz ogółem przyjemna, acz mocno czasochłonna.

Ciągły rozwój

System rozwoju w Battlefieldzie V jest ogólnie dość złożony. Obecnie mamy do zdobycia 50 poziomów konta, ale także po 20 poziomów dla każdej z czterech klas. Osobno levelujemy też bronie i pojazdy, odblokowując dla każdej z tych rzeczy ulepszenia. W przypadku klas mamy też dostępne od ósmego poziomu podklasy, których wybranie nieco modyfikuje umiejętności naszego żołnierza – nie na tyle jednak, by np. zwiadowca przestał nagle nim być. Różnice sprowadzają się do szybszego dostrzegania, krótszych cooldownów na niektóre rzeczy etc. Te rzeczywiście wpływające na zabawę odblokowujemy całkowicie bezpłatnie, po prostu zwiększając poziom danego gadżetu.

Kosmetykę kupimy natomiast za kasę kompanii i tu na scenę wkracza nowy model monetyzacji gry, zastępujący season passa. Walutę premium zdobywamy też za wykonywanie wyzwań, rozgrywanie meczy i zdobywanie kolejnych poziomów. Stawiam, że ten element mocno rozczaruje fanów kompletowania wszystkiego, co się da. Same skórki nie są może przesadnie drogie i podczas normalnego grania dość często stać nas na dokupienie nowej. Problemem w praktyce jest jednak ich liczba.

By w pełni spersonalizować wizualnie byle karabinek osobno musimy zapłacić za muszkę, wylot lufy, zamek, estetyczną kolbę i inne – w efekcie więc choć skórki są w miarę tanie, żeby rzeczywiście wprowadzały wielkie zmiany, trzeba ich kupić kilka.

Grosz do grosza i wychodzi spora suma…, a jeżeli jeszcze weźmiemy pod uwagę, że poza odpicowaną pukawką fajnie byłoby też mieć ciuszki dla każdej z czterech klas, a także dla pojazdów i pomnożymy przez dwa wojenne fronty… bez sięgania po portfel trochę czasu na to wszystko zejdzie. Sam akurat – jako gracz, który ma wylane na to, jak ładnym zlepkiem tekstur biega – przyjmuję tego typu rozwiązanie po zeszłorocznym Battlefroncie 2 z otwartymi ramionami. Jako recenzent solidaryzuję się jednak z tymi, dla których sieciówka nie może kończyć się na gameplayu i odblokowaniu lepszego przycelowania. I sam znów trochę nie rozumiem, jak taka zabawa w skórki właściwie wzbogaca klimat II wojny światowej…

Pacjent pod obserwacją

Na tę chwilę Battlefield V rokuje więc świetnie, choć w paru elementach nie sprawia niestety wrażenia gry kompletnej. Chociaż dostępnej w dniu premiery zawartości jest dosyć sporo, gra ma jednak pewne braki. To pokazuje tylko jak dużą rolę w odbiorze gier odgrywa nazewnictwo – jeżeli o niedostępnych jeszcze elementach jak Battle Royale czy misje coop powiemy „bezpłatne dodatki” popremierowe, wszystko brzmi bardzo ładnie. Ale…

O ile nie brakuje tu kolejnej mapy, tak już przerwana w 3/4 kampania sprawia wrażenie zwyczajnie niedokończonej na czas. Albo na co wygląda wam fakt, że wielu graczy zdobyło 50 level jeszcze przed premierą, bo progi punktowe na kolejne stopnie nie rosną zbyt szybko? Tutaj dodanie kolejnych rang za jakiś czas też nazwiemy celowym działaniem producenta wyrównującym szanse czy może zaczniemy się zastanawiać, na jakim etapie jest tworzenie kolejnych stopni rozwoju? Albo to, że dość szybko za levelowanie dostajemy już tylko bonus w postaci odrobiny waluty premium. Czy promowane podczas targów w tym samym czasie co reszta gry Battle Royale to też tylko dodatek, czy może element, którym gra miała solidnie zawalczyć z Call of Duty? Zwłaszcza, że jego strzępy dostępne są w dogrywce wielkich operacji…

Niemniej jak na tak nieudaną kampanię marketingową gra DICE schodzi z ringu po pierwszej rundzie o własnych siłach. Prezentuje bardzo dobrą formę, ale jednocześnie ma jeszcze coś do udowodnienia, nim wrzucimy ją do zestawień najlepszych… To najsłabszy single od dawna, ale też jednocześnie prześwietny multiplayer. Pewne kontrowersyjne decyzje EA, spowodowane zapewne terminami sprawiają jednak, że pacjent choć ogólnie dość zdrowy, winien jeszcze parę razy stawić się do specjalisty na obserwację.

ZAGRAĆ?
WARTO
4.0

8
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
7 Komentarze
1 Odpowiedzi
6 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
TheMisterA
Użytkownik

Z tego co pograłem w Becie + co czytałem i oglądałem, kształtuje mi się obraz gry, która jest skończona na 70% max. Brak kampanii jest zabawny, ale powiedzmy sobie szczerze te scenki są słabe, więc można to przeżyć. Ale multi będące głównym daniem jest mocno wykastrowane. W poprzednich komentarzach zwracałem uwagę, że najpewniej wynika to z decyzji EA, która postawiło DIce jasne cele dla tej gry, a mieli oni jakieś 2 lata pracy (część zespołu też pewnie dłubała przy dodatkach do BF1 i patchach). Biorąc pod uwagę, to i tak dobrze, że DIce to spieli jakoś. Podsumujmy, mamy 1 mapę… Czytaj więcej »

soulsonist
Użytkownik

wait… wiec w sumie nieukonczona gra zdostaje ocene warto, chyba po raz pierwszy jestem dosc skonfudowany co do finalnego werdytku. A p;ozniej narzekamy ze wsciskaja nam mikrotransakcje I gry z day one patch na 1210 GB…

kasperejros
Użytkownik

Gram w BFa od 9 listopada i jak czytam co tu się pisze o medykach to mnie zagotowało, także sprostuję autora niech ma. Życie nie regeneruje się po jakimś czasie samo do pełna. Dostajemy obrażenia które zdejmują nam obecną pulę życia oraz pulę “maksymalnego” zdrowia do jakiego możemy się zregenerować (coś jak w soulsach po śmierci). Apteczka dla klas innych niż medyk powoduje że regeneracja rozpoczyna się natychmiast i idzie 3x szybciej niż regeneracja samoistna (która uruchamia się po pewnym interwale czasowym gdy nie otrzymujemy obrażeń i nie jesteśmy przygwożdżeni). Jeżeli apteczkę “rzuci” nam medyk lub podniesiemy ją z zasobów… Czytaj więcej »

Simplex
Użytkownik

Bardzo dobre uwagi – nie przeczytałem twojego posta i napisałem swojego o tym samum. Też się zagotowałem 🙂
Chyba jednak dobrze by było jakby autor recenzji trochę lepiej się przygotował merytorycznie, tym bardziej że w gre można było grać od 9 listopada na PC (Origin Access Premier) lub od 15 albo 16 na pozostałych platformach. Do tego na PC i Xboksie był 10 godzinny trial długo przed premiera.

Aimagylop
Użytkownik

Ale czy można tańczyć? Bo w Fortnite można.

Simplex
Użytkownik

“związanej z tzw ciężką wodą. Problem nie polega jednak na tym, że naród niemiecki woli butelki pięciolitrowe, a na tym, że w “wodzie” tej dominuje deuter. Jest to masywniejszy izotop helu z dodatkowym protonem, co sprawia, że tworzy się wybuchowa mieszanka, która służy do masowego krzywdzenia przez Niemców swoich “bliźnich”. ”

Jaką funkcję pełnią cudzysłowy w tym fragmencie?

Oraz czy autor recenzji nie wie, że ciężka woda (a nie “woda”) była potrzebna Niemcom do stworzenia broni nuklearnej?
https://en.wikipedia.org/wiki/Norwegian_heavy_water_sabotage

“albo dybać na piechotę” – chyba powinno być “dymać” 😉

Simplex
Użytkownik

EDIT: widzę, że kolega kasperejos mnie uprzedził. Trzeba było przeczytac komentarze przed napisaniem swojego 🙂 “By jeszcze bardziej zwiększyć ducha wspólnej walki, twórcy zdecydowali się też wreszcie na umożliwienie reanimacji… każdej klasie. Nie oznacza to przy tym zniknięcia z gry medyka, który ponownie występuje w towarzystwie szturmowca, zwiadowcy i wsparcia. Różnica jest taka, że medyk ma na wyposażeniu strzykawkę, a reszta klas dysponuje tylko nieco idiotyczną animacją poklepywania po ramieniu. W drugim przypadku reanimacja oczywiście jest dłuższa, ale przynajmniej możliwa, gdy pod ręką nie ma akurat sanitariuszki (kobiecy model jest dla tej klasy domyślny).” To jest niekompletna informacja – klasy… Czytaj więcej »

evilkorniszon
Użytkownik

Deuter to izotop wodoru, a nie helu…