Nie będę was oszukiwał, że krytykujące grę miliony (chociaż przy tak słabej sprzedaży są to raczej tysiące) się mylą i mamy tu do czynienia z niedocenionym przez branżę objawieniem. Sztuczna inteligencja przeciwników jest tragiczna, checkpointy działają od przypadku do przypadku, mapy szczypią nas w oczy paskudnymi teksturami rodem z PS2, animacja lubi zwolnić, postaci poruszają się ślamazarnie jakby miały przyczepiony do pasa wóz z węglem, a stopień wykorzystania w całej opowieści Wanzerów (charakterystyczne dla serii Front Mission mechy) zakrawa na kpinę.Ogółem granie w Left Alive często przypomina brodzenie w szambie. A jednak... cieszę się, że wziąłem ją do recenzji, dzięki czemu nie przerwałem zabawy (jak nakazywałby zdrowy rozsądek) już po godzinie. Bo chociaż nie udało się tutaj tak wiele rzeczy, gdzieś głęboko kryje się tu duch czegoś wielkiego. Nadmieńmy jednak, że dalece bardziej opłaca się o nim tylko poczytać, niż szukać go na własną rękę.Z pewnością podobać może się Novo Slava, niewielka rosyjska mieścina wyniszczona konfliktem zbrojnym. Choć niewielka, nie umiem odmówić jej naprawdę kapitalnego klimatu. To tutaj w 2127 roku, jakoś w okolicach Bożego Narodzenia, spotykają się Michaił, Olga oraz Leonid. Jeden z nich jest wywodzącym się z wojska operatorem maszyn ciężkich, panna z kolei jest agentką zajmującą się poszukiwaniem porwanych, grupę domyka zaś kryminalista, na którym ciąży opóźniony przez wojnę wyrok.Nieważne przy tym stają się sympatie polityczne bohaterów, bo oto lądujemy w oblężonym mieście i łącząc siły próbujemy przeżyć, a także... poznać naprawdę wciągającą opowieść. Narracja przez większość czasu podzielona jest jednak na trzy osobne wątki, a kontrolowana akurat postać zmienia się co rozdział. Każdy z bohaterów ma swoje sprawy na głowie, ale wątki przeplatają się i nawet w pewnym momencie między naszymi postaciami wytwarza się całkiem przyjemna chemia. W ciągu czternastu rozdziałów mamy też wpływ na ostateczne zakończenie, zależne od wyborów dokonanych w dialogach czy wynikające z naszych poczynań w zadaniach pobocznych. Bohaterów napisano bardzo zgrabnie, a śledzenie ich losów to dość fajna nagroda za męczenie się z bardzo nieudaną mechaniką.Ogółem Left Alive to hybryda strzelanki, skradanki i survivalu, ale żaden z tych gatunków nie został zrealizowany dobrze. Po pierwsze strzela się paskudnie, bo celownik zdaje się ciężki i mozolny, a bezpłciowy gunplay przypomina budżetową strzelaninę sprzed lat. Do tego animacje postrzałów powodują co najwyżej spazm śmiechu.Skradanie też jest do kitu, bo przez długi czas mamy do czynienia wyłącznie z mocno ofensywnymi narzędziami, a w miarę nadające się do cichej eliminacji wrogów noże do rzucania napotkamy dopiero w połowie trwającej jakieś 14 godzin kampanii. Możliwości powalenia wroga jednym ciosem nie ma choćby po zajściu go od tyłu. Nawet teoretycznie świetnie się do tego nadająca łopata czy łom wymagają przejechania oponentowi co najmniej dwa razy po nerach i ewentualnie umożliwiają dobicie go w dość krótkim okienku czasowym. Oczywiście przy uciesze kolegów naszej ofiary, którzy zrobią z nas mielonkę, jeżeli tylko skrypt zadziała.Powiedzcie mi, bo nie rozumiem: jak można zrobić grę stawiającą mocny nacisk na skradanie, wrzucić do niej półotwarte mapy, a następnie nie wrzucić do gry czegokolwiek pozwalającego natychmiastowo wyeliminować wroga?