W kalejdoskopie: Asura's Wrath

Strona głównaW kalejdoskopie: Asura's Wrath
01.03.2012 18:27
W kalejdoskopie: Asura's Wrath
marcindmjqtx
marcindmjqtx

Jeśli odbyłby się plebiscyt na najbardziej specyficzną grę 2012 roku, można chyba już teraz śmiało powiedzieć, że w czołówce znalazłoby się Asura's Wrath. Sześcioramienny, wiecznie gniewny protagonista wykrzykujący nieartykułowane dźwięki, ogromny palec niszczący Ziemię tudzież miecz mierzący 380 000 km to tylko część z wizytówek tej produkcji, które mogliśmy podziwiać na zwiastunach. Przyznajcie, że brzmi to imponująco, ale czy Asura's Wrath oferuje coś poza potężną dawką szaleństwa?

bEKQKFat

Produkcja CyberConnect2 była przed premierą jednym wielkim znakiem zapytania. Mimo że twórcy wypuścili sporo obrazków i filmików, a także wersję demonstracyjną, trudno było jednoznacznie stwierdzić, czym tak naprawdę „Asura's Wrath” jest i jaki poziom prezentuje. Zachodni recenzenci przynoszą nam odpowiedź: to bardziej interaktywne anime niż gra. Całkiem udane interaktywne anime.

Zanim przejdziemy do konkretów, rzućmy okiem na średnie ocen gry:

- Metacritic - PS3: 73% (20 recenzji); 360: 72% (29 recenzji); - GameRankings - PS3: 73,85% (13 recenzji); 360: 71,5% (20 recenzji).

bEKQKFav

Średnia przekraczająca nieco pułap 70% to wynik, mówiąc najprościej, przeciętny, ale chyba nikt nie spodziewał się po „Asura's Wrath” wiekopomnego dzieła. Do gry CyberConnect2 należy podchodzić z dużym dystansem i traktować raczej jako ciekawostkę - przy tym założeniu „siódemki"” są naprawdę niezłymi ocenami.

Specyfikę „Asura's Wrath” dobrze oddaje rozwarstwienie ocen. Z jednej strony mamy notę 4,5/5 od Joystiqa, a z drugiej 5/10 od Destructoida - zobaczcie, jak bardzo różnią się zdania na temat gry recenzentów z wymienionych portali:

Recenzja Joystiqa ma odpowiedzieć na proste pytanie: Czy powinieneś zagrać w tę grę? W przypadku „Asura's Wrath” odpowiedź jest stanowcza i jednoznaczna: tak. Nie oznacza to jednak, że nie można w niej już nic poprawić. System walki mógłby być bardziej złożony. Niektórzy zniechęcą się nagromadzeniem sekwencji Quick Time Events. Tak czy siak, jeśli zaakceptujecie „Asura's Wrath” na jej własnych warunkach, doświadczycie czegoś wyjątkowego i naprawdę niezapomnianego. Dzięki cudownej animacji, wspaniałej ścieżce dźwiękowej i fantastycznej plejadzie zuchwałych postaci, „Asura's Wrath” jest grą, która powinna się spodobać każdemu. Ja też, naturalnie, chciałem ją pokochać. Desperacko wmawiałem sobie, że dobrze bawię się przy tej grze, ale niezależnie od tego, jak często próbowałem śmiać się, gdy zdenerwowany Asura krzyczał, niezależnie od tego, jak często wmawiałem sobie, że Steve Blum, który wcielił się w Augusa, jest zabawny, musiałem przyznawać, że zostałem uwiedziony przez grę i że nie wywiąże się ona ze swoich słodkich obietnic. Wszystkie uroki i uciechy, których dostarcza „Asura's Wrath”, podkreślają jedynie zmarnowany potencjał gry. [...] „Asura's Wrath” byłoby znakomitym anime bądź świetną grą wideo. Producenci nie mogli jednak najwidoczniej zdecydować, co chcieli stworzyć, i zaserwowali nam miks obu, bardzo niezdarnie stworzony miks. „Asura's Wrath” to zbiór pomysłów wrzuconych bez zastanowienia do jednego kotła i zmieszanych w próżnej nadziei, że wyjdzie z tego coś dobrego. Mimo wszystkich prób, aby stać się czymś niepowtarzalnym, „Asura's Wrath” jest niczym innym jak rozczarowującym zbiorem nieprzekonujących pomysłów. Eurogamer, który wystawił „Asura's Wrath” „ósemkę”, trafnie streszcza ideę stojącą za grą:

Produkcja CyberConnect2 jest energiczna, emocjonująca i często kompletnie miażdżąca. Wśród bogatych przerywników filmowych, przepięknych dwuwymiarowych ilustracji i ciągłych, natarczywych wręcz sekcji QTE, gracze - szczególnie ci, którzy po „Asura's Wrath” oczekiwali rozgrywki na miarę „Bayonetty” albo i „Street Fightera” - mogą się czuć trochę zmarginalizowani.

bEKQKFaB

Moja rada? Pogódź się z tym. „Asura's Wrath” nigdy nie okłamuje Cię w kwestii tego, jak dużą kontrolę masz nad grą, a przedstawiona historia o walczących bóstwach i galaktycznym chaosie byłaby trudna do opowiedzenia w bardziej standardowej konwencji. Tylko ten jeden raz pozbądź się wszystkich swoich uprzedzeń i oglądaj, jak rozwija się fabuła, przebij się przez sekcje QTE, ciesz się czystym, entuzjastycznym szaleństwem, które wypełnia ekran. Czy każda gra powinna oferować taki poziom interakcji? Oczywiście, że nie. Jednakże w tej konkretnej pozycji to podejście sprawdza się zaskakująco dobrze. VideoGamer docenia szaloną konwencję gry i fabułę, która o dziwo chwalona jest niemal w każdej recenzji:

Mimo całej swej niedorzeczności narracja w „Asura's Wrath” się sprawdza, ponieważ jest to ludzka historia, historia o człowieku pragnącym pomścić swoją rodzinę. Na każdą eksplozję o wielkości kontynentu przypada wzruszający moment podczas dialogu między dobrze rozrysowanymi postaciami. Motywacje Asury są zawsze jasne i przekonujące, i mimo że gra jest przepełniona przerywnikami filmowymi, opowieść nie nuży, lecz jest zabawna, utrzymana w świetnym tempie i nadspodziewanie łatwo się ją śledzi.

Mówiąc o „Asura's Wrath”, trzeba też zrozumieć, że to całkowicie i jednoznacznie szalona gra. To gra, w której pierwszy boss jest przynajmniej dwa razy większy od planety. To gra, w której nie mając rąk, walczysz na pustyni z kowbojem przypominającym Vegetę z Dragon Balla w rytm czegoś w rodzaju rockowego remiksu muzyki z filmów Sergia Leone. To gra, w której musisz się upić sake, podczas gdy w tle przygrywa muzyka z reklamy chleba Hovis. Kolejnym często wymienianym plusem gry jest jej wygląd i udźwiękowienie. Stylistyka „Asura's Wrath” spodobała się m.in. portalowi IGN:

„Asura's Wrath” wygląda bezbłędnie. Styl stanowiący połączenie dziwacznego science fiction i japońskiej mitologii, przepuszczony przez komiksowy, atramentowy filtr, jest unikatowy i oszałamiający. Przerywniki filmowe zostały pięknie wyreżyserowane, a animacje często dorównują najlepszym japońskim filmom. Każda scena jest niesamowita: flota statków kosmicznych eksplodująca w powietrzu, kosmiczna broń wyglądająca jak ogromny Budda stworzony ze światła, konfrontacja sześcioramiennego Asury i stylowego Yashy noszącego maskę w dymiącym kraterze.

bEKQKFaC

Statyczne ilustracje, które pojawiają się między poszczególnymi epizodami, także są wspaniałe, tak jak należy się tego spodziewać po studiu (CyberConnect2), którego pracownicy są pełni pasji do mangi i anime. „Asura's Wrath” jest moim zdaniem jednym z najznakomitszych osiągnięć japońskiej animacji od bardzo długiego czasu. O ile filmiki wzbogacane sekwencjami Quick Time Event, stanowiące główną część „Asura's Wrath”, spotkały się z generalnie bardzo pozytywnym odbiorem ze strony zachodnich dziennikarzy, o tyle już sama rozgrywka bardzo ich poróżniła. Jedni się nią zachwycają (zarówno walką wręcz, jak i fragmentami, w których Asura lata i strzela), inni twierdzą, że jest ona po prostu przeciętna, a jeszcze inni, jak na przykład redaktor GameSpotu, uznają ją za monotonną i powtarzalną, podobnie jak Tomek Kutera w naszej recenzji:

Segmenty „celowniczkowe” są słabo urozmaicone i sprowadzają się do trzymania jednego przycisku, by Asura strzelał pociskami ze swojego ramienia, i sporadycznego naciskania przycisku odpowiadającego za wystrzelenie samonaprowadzających rakiet. Powodzenie akcji zależy od szybkości - kluczowy element każdego dobrego rail shootera, namierzanie przeciwników, nie gra tu żadnej roli. Podobnie jest podczas walk wręcz, w których zwycięstwo odnosi się, naciskając szybko przycisk uderzenia - od czasu do czasu, na wytchnienie, przycisk skoku - i wyprowadzając ataki kontekstowe, także ograniczające się do naciśnięcia jednego przycisku. Jeśli lubicie anime, podoba Wam się patetyczno-absurdalna otoczka gry i nie przeszkadza Wam mało interaktywna konwencja „Asura's Wrath”, to sądząc po opiniach zachodnich mediów, powinniście się nią zainteresować. Sugerujemy jednak odłożyć ten zakup na później, bo cena gry jest wymieniana jako jedna z jej głównych wad. 200 złotych za parogodzinne, jednorazowe przeżycie, jakkolwiek intensywne i efektowne by ono było, to dużo - warto poczekać, aż cena spadnie co najmniej o kilkadziesiąt złotych.

Adrian Palma

326950225112553514
Udostępnij:
bEKQKFbr