Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeRed Dead Redemption 2 – recenzja. Marząc o Zachodzie

Gdybyście zapomnieli, dlaczego branża zwolniła.

Facebook Twitter Google Wykop

Na pewno nieco łatwiej być mesjaszem tego medium, gdy grę, na którą właściwie wyczekuje cały elektroniczny świat, klei się całą generację, a tempo wzbogacania własnego portfolio przeciąga do granic możliwości. Wiadomo, że produkcja, w jaką włożono tyle rozbitych rodzin oraz nadkruszonych kondycji psychicznych, na pierwszy rzut oka odróżniać się będzie od standardowej konkurencji. Pewne jest również, że Red Dead Redemption 2 to hit, zarówno wśród krytyków, jak i konsumentów. Czy mamy jeszcze wpływ na tę narrację? Oczywiście, że nie. A czy ja, jeden szary pismaczek, chciałbym MÓC mieć? To nieco sensowniejsze pytanie.

Platformy: PS4, Xbox One
Producent: Rockstar
Wydawca: Rockstar
PEGI: 18
Wersja PL: napisy
Data premiery: 26.10.2018
Grę do recenzji otrzymaliśmy od dystrybutora. Graliśmy na bazowym PS4. Zdjęcia pochodzą od redakcji.

Red Dead Redemption 2 to hit

Podkreślam jednak, iż wbrew buntowniczemu kodowi DNA, cesarzowi oddaję zazwyczaj, co cesarskie. Rockstar nie wypuściłoby niedorobionego tytułu. Do czego poniżej bym nie doszedł, ich najmłodsze dziecko reprezentuje sztosligę całej branży. Musimy operować podobnymi pryzmatami i rozumieć, że inaczej podchodzę do Red Deada, inaczej do japońskiego symulatora wybuchania głów. To odległe kategorie. A „recenzja” dzisiejsza jest naturalną kontynuacją tekstu sprzed tygodnia, o którego ewentualne nadrobienie grzecznie proszę. Zachowajmy się jak dżentelmeni, a nikomu nie stanie się krzywda.

„Dwójka” funkcjonuje o niebo lepiej, gdy w naszych umysłach rzeczywiście staje się „drugą”, nawet jeśli w dzikozachodniej chronologii ma miejsce wcześniej. Nie tylko dlatego, że Marston potem jak zaklęty milczy o wielu najbarwniejszych charakterach ze swojego gangu. Bez wystarczającej wiedzy o tym, do jakiego finału wędrują niespiesznie Dutch van der Linde ze swoją „rodziną”, kto ma, a kto nie ma szans na przeżycie, albo ilu protagonistów posiada tak naprawdę seria, fabularne napięcie rozciąga się dużo później, nie ma też podobnego efektu. Czytaliście o tym już zapewne wielokrotnie, przeczytacie raz jeszcze – podejdźcie do Red Dead Redemption 2 po obejrzeniu choćby pierwowzoru w przyswajalnej „wersji filmowej”. Uczciwie ostrzegam, nim przeskoczycie wzrokiem niżej.

Na moment, w którym charyzmatyczny przywódca traci kontrolę nad samym sobą, w którym wszystko rusza międzystanową do katastrofy, jesteśmy odrobinę spóźnieni. Wspominany niczym w debiucie Tarantino, owocuje koszmarną przeprawą przez górskie zawieruchy oraz coraz dalszą ucieczką od wymarzonego Zachodu. Ponad dwadzieścia osób wierzy uspokajającym przemowom o czekającym ich raju farmerów, a wielu odda własną duszę za powodzenie „tego ostatniego razu”. Stopniowy upadek Dutcha oglądać będziemy oczami jego najbardziej zaufanego człowieka, Arthura Morgana. W teorii to zaślepiony wychowanek starszych członków gangu. Ale grymasy przed kolejnymi napadami oraz grafomańskie notatki o wewnętrznym konflikcie „dobra i zła” w podręcznym dzienniczku sugerują, iż oświecenie jest bliżej, niż życzyłby sobie jego „prawie ojciec”.

Magia historii Rockstara leży przede wszystkim w tym, z jakim sznytem została podzielona na role. W tętniącym życiem obozie nie znajdziecie ani jednej źle napisanej postaci. Ba, właśnie dzięki nim będziecie w stanie poświęcić dziesiątki godzin na standardowe „rozdziały środka”, przez które tak czy inaczej ogromna pozycja nadyma się do szalenie groteskowych rozmiarów. Wnioskując wyłącznie po tym, jak przyjemne na poziomie rozgrywki są niektóre misje, ze zbioru ponad stu (!) bez problemu wywaliłbym jedną trzecią. Nie dajcie się zwieść obietnicom o zupełnie nieznanym obliczu growego doświadczenia. Ale jeździć z punktu do punktu oraz wybijać wrogów w dość niekomfortowym systemie osłon będziecie z przyjemnością – chcąc wyciskać do cna wszystkie dialogi. To jak powieść na tysiąc stron, której nie umie się przerwać.

Nie brakuje tutaj momentów genialnych

Nie brakuje tutaj momentów genialnych. Prawdziwie, niezaprzeczalnie, bezwzględnie fantastycznych. Jest więcej niż jedno „Far Away” na długiej ścieżce do nieuniknionego zwieńczenia. W morzu doniesień o kurczących się na mrozie jądrach konia z powodzeniem zamaskowano pomysły na wzór wywijającego orła zamku z Symphony of the Night. Szanuję społeczność internetu – jak na razie panuje niepisana zgoda, by niczego nie psuć. Albo tak niewiele osób pędzi do przodu. Gdy z perspektywy napisów końcowych zerka się wstecz na tę przygodę, spokojnie można mówić o „największej pozycji generacji”. Wtajemniczonych uspakajam, że Rockstar to nie Konami – fantomowego bólu (szczęśliwie!) zabraknie.

Jeśli ktoś utożsamia się ze mną i Red Deada traktować będzie niczym liniową grę fabularną, na koniu spędzi „wyłącznie” około sześćdziesięciu godzin. Nie mam pojęcia, jak mocno się to wydłuży, gdy złapiecie bakcyla na polowania, hazard lub rabunki samotnych dyliżansów. Gdy ratowane przez Arthura losowe postaci po tygodniach odwdzięczać się będą podczas przypadkowych spotkań w miasteczkach, gdy wyniuchacie standardowe dla dewelopera sekrety lub na własnej skórze poznacie hobby „przyjaznego” wieśniaka w małym domku na bagnach. Najważniejsze, że nie musicie robić niczego, by od stołu odejść bliskimi pęknięcia z przejedzenia.

Chory wręcz nacisk na detale

Jednak problemy, swoiste rockstaryzmy, których prawdopodobnie nauczyliśmy się przez lata nie zauważać, towarzyszyć będą obu ideologiom poznawania tej produkcji. Mniejsze lub większe robale, „intuicyjne inaczej” sterowanie, przypadkowe pętle niechcianych wydarzeń zainicjowane jednym nieprzemyślanym posunięciem, ociężałość wszystkich ruchów Arthura, nieumiejętność wystarczającej komunikacji na linii „autorzy – odbiorca” (niewielkie okienka z ważnymi informacjami, które pojawiają się dość losowo). Wiecie, normalne efekty uboczne konstruowania tak majestatycznych piaskownic. Sprawy, z którymi mniej egocentryczni twórcy woleliby się uporać na przestrzeni dwóch tak ważnych tytułów.

Specyficzna poetyka zabawy, z tym chorym naciskiem na drobne szczegóły, rodzi jednak zupełnie nieznane dotychczas konflikty. To wcale nie przesada, gdy ktoś pisze, iż jedną trzecią całej przygody poświęcił powolnym przejażdżkom. Albo że scenariusz sam sobie szkodzi własnymi wymiarami, bo potrzebuje sześciu lub siedmiu godzin na wystrzelenie ze stawianych na każdym kroku dział. Nie każdy dysponuje stylem życia, które umożliwia weekendowe sesje przed telewizorem lub regularne granie dwa lub trzy miesiące unikając większych przerw. A bez stuprocentowego skupienia pełna siatka intrygi zacznie Wam się prędko przerywać. I spora część tych przekonanych o geniuszu firmy nie dowie się nawet, czy… no, czy ma w ogóle rację. Chociaż wiem, że reprezentuję tutaj głos pokolenia mającego już mniej do powiedzenia – dla młodszych „sto godzin” to jak przerwa na papierosa u Morgana.

Nie mam zatem problemu, by z chłodną głową napisać, iż Red Dead Redemption 2 robi tyle samo przełomowych rzeczy, ile komfortu z podstawowej rozgrywki poświęca na rzecz domniemanego realizmu. Próbuje być – aż szok, że tak mało osób używa tego porównania – The Last of Us w otwartym świecie, ponadto trwającym pięciokrotnie dłużej. Chce stawiać, uwaga, naturalistyczne, mozolne, ociężałe fundamenty pod coś, co w teorii zastąpić ma Grand Theft Auto Online jako najlepiej zarabiający produkt elektroniczny w historii. Pragnie nauczyć większego opanowania generację wiecznej nadpobudliwości. Status firmy sprawi z kolei, że w oczach milionów ze wszystkich trzech prób wyjdzie obronną ręką.

A ja – niczym kierowany przeze mnie bohater – na każdym kroku narzekam, lecz nie potrafię się oderwać od tej spirali niedorzeczności. Kończę jakąś długą misję, przypominam sobie, że szybka podróż działa tylko w jedną stronę – z obozu na zewnątrz, ale nie z powrotem. Brzydkie słowo. Gwiżdżę na konia, nadaremno, bo został kilometry dalej i nie zmaterializuje się magicznie za moimi plecami, nawet jeśli regularnie lubi przenikać mijane obiekty. Brzydkie słowo. Zaczynam kręcić się dookoła, szukając dzikich wierzchowców do ujarzmienia, których ani widu, ani słychu. Brzydkie słowo. Z daleka dostrzegam dwóch pechowców, jeden od razu obrywa kulkę, drugi puszcza się galopem zaalarmować służby prawa. Brzydkie słowo, i po co to robisz, skoro nie ma dla ciebie ratunku? Doganiam, zabijam – zostaje to jakimś cudem zauważone przez kolejnego i owocuje, ze względu na kres cierpliwości, grzywną. Oczywiście, i tu słowo. A potem odbywam jedną z najbardziej pasjonujących podróży, z rewelacyjnym wątkiem pobocznym oraz widokami, których nie mogłem nie sfotografować. Słowa uznania.

Tym jest w moich oczach drugi Red Dead. Spróbowałem refleksje podać tak wprost, jak tylko potrafię. Nie umiałbym zostać w tym świecie na hiperboliczne „zawsze”, gdyż jednak za mocno potrzebuję banalnej grywalności, nieskrępowanej frajdy. Nie chciałbym przygody powtarzać jeszcze długimi miesiącami, bowiem ślamazarność środkowych rozdziałów prędzej czy później zostałaby obnażona przez umysł i podkreślona linią wątpliwości. Ale najpewniej nie zapomnę tych wszystkich momentów, których zapomnieć nie miałem. Oraz dziesiątek momentów całkowicie „moich”, wykreowanych przypadkowo z wręczonych przez deweloperów klocków. Dziwna, trudna, ostateczna antygra. Przy której ludzie spędzą lata i z której latami będą również zgapiać.

A próbując na bok odsunąć patetyczny ton wypowiedzi, podsunę Wam idealny przepis na Red Dead Redemption 2. Składniki: Red Dead Redemption 2, kilka niedokończonych gier z wcześniej, a do tego jakaś arcade’ówka do smaku. Rozpakować Red Dead Redemption 2. Zagrać, jak gdyby jutra miało nie być (niektórzy lubią na tę okazję zarezerwować sobie wolne od wszystkich obowiązków). Powtórzyć spokojniej. Następnie dawkować rytmicznie, nie przerywając, mieszając na zmianę z pozostałymi składnikami. Dusić pod jesiennym kocem dwa miesiące.

Przed wyruszeniem po widły – pamiętajcie o drugim akapicie. Jestem całkiem zauroczony nowym przebojem Rockstara, mimo wszystkich mniejszych irytacji. Na prywatny „szczyt generacji” nie będzie miał wstępu, ale niebezpiecznie się otarł, jak żadna ich gra wcześniej. Mój branżowy zmysł aż tańczy, gdy myślę, ile fantastycznych analiz, dyskusji, tematów oraz pomysłów wrzuci na horyzont najbliższych lat. Jeśli musiałbym – jako całościowo ujęty fenomen – do czegoś Red Deada porównać, byłoby to… Breath of the Wild. Zakochani po uszy, nienawidzący lub nierozumiejący, próbujący wbrew własnym upodobaniom zanalizować, grożący, nabijający się, zainteresowani, przyjaźni bądź wrodzy – ale nigdy nie zwyczajnie „obojętni”. My wszyscy znaczy się.

ZAGRAĆ?
WARTO
4.5

30
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
14 Komentarze
16 Odpowiedzi
18 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
bezloginu
Użytkownik

od siebie – dwa pełne oczka w ocenie za VA – jedno za całokształt, jedno za Dutcha.

Redemptor
Użytkownik

Dobre słowo “antygra” coraz częściej mamy z nimi do czynienia niestety. Wtedy kiedy ambicje reżyserskie i chęć opowiadania jakiś swoich urojeń, tworzą imitacje gry i pozory “grania” na rzecz tak naprawdę oglądania interaktywnego filmu.

krissu88
Użytkownik

Jak śmiesz!!!1!1

Simplex
Użytkownik

Czemu na głównej “rozkładówce” (nie wiem jak to się fachowo nazywa) nadal jest Fist of the North Star? Jak wszedłem na główną teraz, to w pierwszej chwili pomyślałem, że recenzji RDR2 nadal nie ma.

Krzysztof Kempski
Redaktor

Rozkładówkę (też nie wiem jak to się fachowo nazywa) robi się z palca, nie z automatu :). I nie wiem czy każdy z nas ma możliwość. Albo po prostu ja nie wiem gdzie to się robi. Będzie na pewno wkrótce na właściwym miejscu.

Simplex
Użytkownik

Ja się nie znam, ale moim zdaniem to rozkładówka powinna być zmieniona w tej samej sekundzie w której recenzja została opublikowana 🙂

Bartosz Stodolny
Administrator

Topka, main, main topic, góra strony głównej. Ale rozkładówka też brzmi nieźle 🙂

Już zmieniona, Adamowi widać się zapomniało, bo jeśli dobrze pamiętam ma taką możliwość obok Asi i mnie. W sumie ostatni tydzień nie robił nic poza graniem w RDR, więc trochę zrozumiałe.

Kara jednak musi być, zatem otwieram swoją szufladę z grami, których nikt nie chce recenzować, i jakiś niskobudżetowy symulator robienia czegoś nudnego będzie kolejną recenzją autorstwa redaktora Piechoty, jaką przeczytacie na Polygamii 😉

Simplex
Użytkownik

“podejdźcie do Red Dead Redemption 2 po obejrzeniu choćby pierwowzoru w przyswajalnej „wersji filmowej”. ” – i tu zabrakło linka/embeda do “The Red, the Dead, and the Redeemed”: https://www.youtube.com/watch?v=ApRKqrHmEf4 – całkiem niezła ekranizacja fabuły skondensowana do ok 30 minut, czytana głosem kowboja.

Aimagylop
Użytkownik

To już lepiej przeczytać opis fabuły na wikipedii.

jancykcyk
Użytkownik

Zauważyłem pewną rzecz u niektórych polskich portali. Mianowicie wielu stara się jak najbardziej ująć tej grze, żeby tylko nie była lepsza od rodzimego Wiedźmina 3. Zamiast skupić się na normalnej recenzji, to podstępnie się niby rozwodzą jak nad dziełem sztuki, ale żeby móc bez oberwania jednak nie zgodzić się, że to kapitalna gra i gra generacji. Dobrze wiedzą, że to gra niszcząca wszystko co do tej pory wyszło, ale jednak boli tylna część, że coś mogło być lepsze od tworu CDP. Oczywiście nie wszyscy tak robią, jedynie większość tych co dało max Wiedźminowi 3, no bo przecież on był taki… Czytaj więcej »

krissu88
Użytkownik

Znaczy się taki pojedynek świętych krów? Jaka piękna katastrofa xD

DontBeSoRambo
Użytkownik

W sumie to nie wiem co inne polskie serwisy piszą bo tylko ten czytam, ale rozumiem o co Ci chodzi i się zgadzam. Red dead też jest dla mnie grą ponad inne. W zasadzie pod każdym względem wykracza ponad moje oczekiwania i pokazuje możliwości jakie nie wiedziałem że w grach są możliwe. Widać że to gra rockstara i pewne mechanizmy są takie same jak w gta, pewne niedoskonałości są tak samo uciążliwe jak były w vice City. Można wyszukiwać błędów w animacjach, zauważyć przenikanie się przedmiotów czy inne babole. Ż drugiej strony wystarczy mi raz wjechać koniem do lasu i… Czytaj więcej »

pawele
Użytkownik

Powiem wam jedno, może nie jesteście największą stroną o grach i najbardziej popularną. Jednak jeśli chodzi o recenzje i to nie tylko tej powyżej, jesteście bezkonkurencyjni. Inteligentnie, konkretnie i bez pudrowania trupa tam gdzie inni to robią, bo czy się stoi czy się leży, 9,5 ocena się należy. A dobrany background oraz ciemny motyw, macie za to moją lewą nerkę, oczywiście bez znieczulenia, pozdrawiam i “nie dajcie się zabić “

Aimagylop
Użytkownik

No nie wiem, to też ten sam portal na którym wisi np. niefortunna recenzja Sea of Thieves.

fajans82
Użytkownik

“Tym jest w moich oczach drugi Red Dead”

Trzeci skoro już takiego określenia autor użył.

gseed
Użytkownik

Dobra recka, jak zawsze!

BTW też widzę w tej grze pewne analogie do ostatniej Zeldy. Niby jest to zupełnie odległy biegun robienia gier z otwartym światem, ale jest tu tyle takich drobnych “innych” elementów, tyle dziwnych decyzji projektowych, że ciężko się przyzwyczaić. Człowiek się wkurza, irytuje a za moment zachwyca czymś zupełnie innym. Nie jest to gra na takie pełne 10/10 (podobnie jak Zelda) ale jest to też gra jak żadna inna (jak Zelda 🙂 )

soulsonist
Użytkownik

boje sie czytac zeby nie wychwycic spoilerow, nie gralem w jedynke I teraz gdy przechodze RDR2 czuje ze nie do konca tkwie w fabule, niby poczatek jest zrobiony tak ze mozna rozpoczac nie znajac pierwowzoru, ale mi akurat brakuje jakiegos tla, ktore pewnie posiada kazdy kto przez jedynke przeszedl. Gra nadal mi sie podoba, ale jestem jednym z tych graczy ktorzy lubia sie wczuc w historie, I jesli mam jakies luki uniem ozliwiaajace mi zanuzenie sie w wydarzenia ze zrozumieniem od pierwszych chwil, nie mam juz takiej frajdy z gry.

DontBeSoRambo
Użytkownik

Red dead jedynka opowiada o wydarzeniach które są później chronologicznie. A bohaterzy z rdr2 Nie są jakoś specjalnie opisywani w rdr1. Innym słowy dla kogoś kto grały w poprzednia część większość rzeczy jest nowa a losy bohaterów są nieznane.

soulsonist
Użytkownik

AAA ok, wydawalo mi sie ze warto znac zakonczenie RDR 1 bo wtedy latwiej mozna przyswoic kto jest kim w RDR2, ale jesli niewiele trace to super.

DontBeSoRambo
Użytkownik

W pewnym sensie to nawet jak nie znasz zakończenia jedynki. Nie wiesz jak to wszystko się kończy

duxdaro
Użytkownik

Wczoraj skończyłem epilog i daje 10/10. Chociaż trochę się wahałem przez jakiś czas, czy aby nie zdjąć pół punktu. Gra nie do końca spełniła moje oczekiwania co do fabuły. Spodziewałem się też więcej akcji, a gra okazała się takim pseudo symulatorem kowboja. Jednak stwierdziłem, że z perspektywy całokształtu mamy do czynienia z grą wybitną. Nie idealną, ale na pewno wybitną i unikalną, więc dyszka się należy 😉 Naprawdę ciężko było się oderwać od tv 🙂

Cruzer969
Użytkownik

Dobra recenzja niełatwej do ugryzienia gry, no to już możesz Adam odetchnąć, czy jeszcze coś dużego w tym roku?

gsg
Użytkownik

Gratuluję dobrego tekstu i trzeźwego podejścia do sprawy. Utwierdził mnie w przekonaniu, że to tytuł absolutnie dla mnie nieobowiązkowy, ale też że na pewno warto będzie kolejne analizy czytać. I czepiam się delikatnie 🙂 > potrzebuję banalnej grywalności, nieskrępowanej frajdy Powszechnym jest pośród części graczy przekonanie, że niebanalne gry to jedynie te “dojrzałe”, podejmujące poważne tematy, doskonałe pod względem scenariusza, skupione na opowieści. W opozycji do nich często stawia się właśnie rzeczy nastawione na nieskrępowaną frajdę, jednoznacznie wartościując je jako gorsze, bo kładące nacisk na inne aspekty medium niż możliwość opowiadania “dorosłych” historii. Wróć. Przeglądam komentarze i właściwie obie strony… Czytaj więcej »

TheMisterA
Użytkownik

Nie wiem co jest z tą grą. Niby wkurza na prawie każdym drobnym elemencie, tylko po to, żebym grał dalej. I to bez takiego kaca moralnego, że straciłem czas na coś co mógłbym określić jako dirty pleasure :P. Może to, że gra jest dojrzała? Koncepcyjnie, fabularnie, od strony kreacji postaci? To wszystko ze sobą współgra. Nie robił tak tego Wiedźmin, ale nawet jak wyszedł to mimo szeregu błędów, glitchy itp. orał konkurencję na lewo i prawo. Tu jest kolejny krok. integralność świata, kompleksowość i wiarygodność. Gra jak żadna inna radzi sobie z tematem dysonansu ludonarracyjnego, nie czuje fałszu pomiędzy rozgrywką… Czytaj więcej »

Aimagylop
Użytkownik

The Last of Us to dla mnie definicja dysonansu ludonarracyjnego więc podejdę do komentarza sceptycznie.

gseed
Użytkownik

No właśnie. W cutscenkach poważna opowieść, a w grze wyrzynka zombiaków i symulator przestawiania drabin 😛

Aimagylop
Użytkownik

Oraz tryb hordy który jest dla mnie jedną z najuboższych podjeść do gameplayu w grach fps/tpp: nie trzeba się napracować nad mechaniką, nie trzeba się napracować nad lokacjami. Daj graczowi małą mapę i zajmij go monotonnymi falami przeciwników. Gameplay wydłużony każdorazowo o 20 minut.

blaziken
Użytkownik

ekstra gra. Polecam w Media expert 🙂