247 centymetrów kwadratowych, na których skupia się wzrok nabywcy. 247 centymetrów kwadratowych, na których znajduje się esencja danego tytułu. 247 centymetrów kwadratowych, na których wydawca stara się możliwe najlepiej zareklamować swój produkt. Tak jest - mowa o okładce, o skromnej przestrzeni, której zadaniem jest przykuć, związać i przekonać (PZP - chwytliwe!). Kwestia zwykle pomijana w gronie hardcore'owców, dla których okładka staje się kwestią drugorzędną, poruszaną tylko w przypadkach wyjątkowo szpetnych lub szczególnie pięknych. Wspomnijmy jednak czasy nie tak odległe, gdy mieliśmy co najwyżej -naście lat, gdy gry w swej grafice były umowne, a dla nas kluczowym kryterium wyboru prezentu urodzinowego była okazałość muskulatury bohatera na okładce (większe mięśnie - lepsza gra, kwestia elementarna). Wyrośliśmy już z tego, wiemy o grze dostatecznie dużo, żeby na tej podstawie wyrobić sobie o niej zdanie i żadna okładka nie zmieni tego faktu. Nie przeszkadza nam to jednak w docenieniu walorów estetycznych tych mikrodzieł, kiedy tylko na to zasługują.