Chociaż raz już zapłacili ogromną cenę za niekonkretną komunikację ze światem. Wii U było również ofiarą fatalnej promocji sprzętu, nie tylko wleczących się w tyle technikaliów. Analogiczna sytuacja, co z Xboksem - pamiętacie, jak złe wrażenie zrobiła pierwsza prezentacja Microsoftu? Przy Switchu wyciągnięto wnioski - firma perfekcyjnie komunikuje się z potencjalnymi kupcami. "Nowinki" wprowadzać będą powolutku, by nie zanieczyszczać przekazu. Teraz trzeba, wiecie, sprzedawać kartony do składania z dziećmi. O Nintendo Labo napisaliśmy już wystarczająco - kolektywnie zgadzamy się, że pomysł ma ogromną szansę na sukces. Ale nadal nie udało nam się sprawdzić projektu w ruchu, więc do kwietnia poczekamy z kolejnymi wnioskami. Żałuję zatem, że wirtualna konsola nie wystartowała w zeszłym roku. Tak, mniej grałbym w te niezależne ciekawostki, bo znowu padłbym ofiarą ulubionej klasyki. Ale bez tego system wydaje się wybrakowany. Od premiery Switcha przestałem nabywać starocie w sklepikach Wii U i 3DS-a. Podobnie jak ja uczyniło zapewne wielu. A teraz najbardziej prawdopodobne wydają się bliskie okolice E3 (czerwiec).Przeczytaj wszystkie nasze teksty o Nintendo Switch.Szalenie obawiałem się o pierwszy rok życia Pstryczka. Całe szczęście - trochę bez powodu. Przynęta zadziałała; Zelda zadziałała, zadziałały remastery, indyki, uproszczone graficznie porty hitów z pozostałych sprzętów (Rocket League, Doom et cetera), gry imprezowe, którym zdecydowanie należy się kiedyś osobny tekst, bo przecież Switch, jak za wspominanych z sentymentem czasów, potrafi zebrać całą ekipę przy jednym ekranie. Konsola w dziesięć miesięcy przebiła życiowy wynik Wii U. Dziś już mówimy o 17 milionach sprzedanych pudełek. Sukces na skalę, jakiej mocno musiało brakować w Kioto przez ostatnią dekadę. Niemniej gdy wystawiasz do boju wszystkie działa, gdy atakujesz hitami, które pozostali wydawcy pozostawiliby na drugą połowę egzystencji świeżej platformy, największym problemem okazać się może utrzymanie wiatru w żaglach. Przydałby się chociaż jeden przebój z najwyższej półki w tym roku. Chociaż jeden. A przy tym, czym chce teraz walczyć Sony, to ze dwa lub trzy nawet.W pisaniu o muzyce używa się takiego terminu "syndrom drugiej płyty". Bo jakiś zespół zmiażdżył system debiutem, którego nie spodziewał się nikt (Interpol to ładny przykład). I czego by nie spróbowali na drugim krążku, niczym kula na łańcuchu spowalniają ich wygórowane oczekiwania. Przy tym, co wiemy chwilowo o planach na resztę 2018 roku, Nintendo padnie ofiarą "syndromu drugiego roku". Yoshi, choć kocham tego obżartucha szczerą miłością, nie ma w sobie nawet jednej dziesiątej marketingowego potencjału Mario czy Linka.Jednak o jesieni i ewentualnej zimie (uch, przepraszam, że piszę o zimie, gdy pożegnaliśmy te paskudne temperatury) wiemy tak mało, że po prostu zmuszony jestem wierzyć w niewyobrażalne zaskoczenie podczas następnego Directa lub „konferencji” na E3. Plotki wskazują Super Smash Bros. (bardzo prawdopodobne) oraz nowe Pokemony (zdecydowanie mniej). To serie, które z palcem w nosie sprzedają tłuste miliony. Które pozwoliłyby nie zwolnić. W przeciwnym wypadku za chwilę wróci moje ulubione „na Switchu nie ma w co grać!”. „Przez chwilę, niestety, było, ale teraz już znowu nie ma. Uf”.