Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeGraveyard Keeper – recenzja. (nie)Spokój grabarza

Nic nie będzie dobrze.

Facebook Twitter Google Wykop

Ubiegłoroczna zapowiedź Graveyard Keepera od Lazy Bear Games i tinyBuild (m.in. Punch Club) bardzo mnie zajarała. Już wtedy spędziłem ze Stardew Valley kilkadziesiąt godzin (dziś jest to ponad sto na trzech platformach), a opcja zamiany strachów na wróble na nagrobki, i to jeszcze w bardzo humorystycznym wydaniu, wydawała się niesamowicie interesująca… i na tym się skończyło.

Platformy: PC, Xbox One
Producent: Lazy Bear Games
Wydawca: tinyBuild
Data premiery: 15.08.2018
Wersja PL: Tak, napisy
Wymagania sprzętowe: Windows 7, Intel Core i5 1,5 GHz, 4 GB RAM, karta graficzna SM 3+ 1 GB VRAM
Grę do recenzji dostarczył wydawca. Graliśmy na PC. Zdjęcia pochodzą od redakcji.
Wspomnienie życia, dowód osobisty

Zaczyna się nawet dobrze. Główny bohater przechodząc przez jezdnię zamiast się rozglądać, gapi się w telefon i potrąca go samochód. Nie trafia jednak do raju tudzież piekła, a staje przed istotą, która daje mu posadę grabarza w jakiejś średniowiecznej wiosce. Przy czym nie przechodzi żadnego szkolenia, tylko od razu jest rzucany na głęboką wodę – lokalny cmentarz to ruina, a jego zadaniem jest przywrócenie mu dawnego blasku. Albo chociaż doprowadzenie do jako takiego ładu.

Na szczęście nie jest w tym zadaniu osamotniony, bo pomaga mu gadająca czaszka, co jest kapitalnym nawiązaniem do Planescape: Torment. Z kolei dostarczający zwłoki wygadany osioł o wybitnie lewicowych poglądach i pogardzie do kapitalizmu kojarzy się z bohaterem „Shreka”. Na późniejszym etapie gry dochodzi do wniosku, że skoro już rozwinęliśmy przedsiębiorstwo, pora zająć się bardziej sprawiedliwą dystrybucją dóbr i żąda wynagrodzenia w marchewkach. Tylko szkoda, że podobnych nawiązań jest niewiele, a poza wspomnianą dwójką, gra zamiast wybuchów śmiechu powoduje eksplozje złości.

Pierwszych kilkanaście godzin to nic innego jak grind

Otóż bardzo szybko okazuje się, że chowanie ciał nie jest zbyt dochodowym biznesem, a pieniądze odgrywają w Graveyard Keeperze olbrzymią rolę. Każda czynność pochłania energię, która kończy się bardzo szybko, zatem trzeba co jakiś czas zjeść, bo inaczej nici z dalszej pracy. Problem w tym, że na początku grabarz nie potrafi ugotować zbyt wiele, nie mówiąc już o własnoręcznym zdobyciu składników, zatem jest zmuszony kupować jedzenie w tawernie. A ceny tam, podobnie jak wszędzie, są kosmiczne, co powoduje, że zwykle w połowie dnia bohater odmawia dalszej pracy, bo zwyczajnie brakuje mu kasy na kupno dopalaczy.

Siódma dziesięć, kwas chlebowy w barze

To z kolei prowadzi do sytuacji, w których zamiast zająć się głównym elementem gry, czyli chowaniem ciał, trzeba szukać dodatkowych źródeł dochodów. W ten oto sposób nasz bohater staje się rolnikiem, zbieraczem, handlarzem, chłopcem na posyłki, kucharzem, cieślą, stolarzem czy wędkarzem.

Żeby to jeszcze przynosiło realne pieniądze i umożliwiało dalszą grę. Wszak w Stardew Valley też na początku trzeba było łapać się każdego źródła zarobku, a dopiero potem można było przejść na jakąś specjalizację. W Graveyard Keeperze pierwszych kilkanaście godzin to nic innego jak grind. I to taki bardzo upierdliwy.

A gdzie zapowiadany handel zwłokami czy fragmentami ciał? Gdzie to całe kombinowanie, żeby zarobić, a niespecjalnie się narobić? Teoretycznie można w karczmie sprzedać mięso wykrojone z trupów, ale potrzeba do tego specjalnego stempla, który albo trzeba wykupić za horrendalną sumę, albo uzyskać od przemytnika. Tylko że zanim się to odblokuje, człowiek zdąży o wszystkim zapomnieć.

Później jest co prawda trochę (ale tylko trochę) lepiej. Grabarz awansuje na wikarego i raz w tygodniu odprawia mszę, a jeśli pójdzie mu dobrze, mieszkańcy wsi chętnie rzucą groszem do skrzynki na datki. Z czasem odblokuje też nowe umiejętności i schematy, dzięki czemu wytworzy lepsze przedmioty, które sprzeda za wyższą cenę. Tylko że to miała być gra o grabarzu, a nie przodowniku, co żadnej pracy się nie boi. No i czy komuś będzie się chciało męczyć przez kilkanaście godzin, żeby w końcu móc grać, jak się chce? Tym bardziej, że Graveyard Keeper nie daje poczucia progresu.

Machanie, machanie ręką

W Stardew Valley już po kilku dniach w grze czyniło się postępy. Pierwsze plony przynosiły zyski, zaczynało się zaprzyjaźniać z innymi mieszkańcami doliny czy eksplorować kopalnię. Tutaj natomiast ma się wrażenie, że ciągle stoi się w miejscu.

To miała być gra o grabarzu, a nie przodowniku, co żadnej pracy się nie boi

Kolejne elementy odblokowuje się za podzielone na trzy kategorie punkty doświadczenia, które zdobywa się po prostu wykonując związane z nimi czynności jak ścinanie drzew, budowanie, uprawa i tak dalej. Przez to często biega się bez sensu i robi niepotrzebne rzeczy, żeby tylko odblokować kolejną technologię. A to wszystko kosztuje energię, czyli jedzenie, czyli pieniądze. Zresztą nawet po nauczeniu się czegoś nowego często okazuje się, że aby zbudować jakąś maszynę potrzeba na przykład desek, jakie zrobi się na pile, której się jeszcze nie odblokowało. To niby normalne, ale samo drzewko skonstruowane jest tak, że brakuje naturalnego postępu, a dodatkowo same technologie nie mają w opisie wymagań.

Podobnie jest z wypełnianiem zadań dla okolicznych mieszkańców czy posuwaniem fabuły do przodu. Wszystko jest tutaj uzależnione od kalendarza w ten sposób, że powiązane z questami osoby zwykle są dostępne tylko w danym dniu tygodnia. Zatem jeśli, dajmy na to, inkwizytor zleci dostarczenie drewna do stosów, a grabarz nie wyrobi się w tym samym dniu, trzeba czekać okrągły tydzień. A przy natłoku dodatkowych czynności, jakie wymusza ta gra, łatwo o tym zapomnieć. Tym bardziej, że dziennik zadań jest mało intuicyjny i pokazuje tylko jedno zlecenie od danej postaci, a te mogą mieć dla grabarza kilka questów na raz.

Dobre chęci, ładne widoki

Jednak nie to jest największą bolączką Graveyard Keepera. Nie mam problemu z humorystycznym podejściem do śmierci, podobnie jak z tym poważnym, ale gra porusza tę kwestię zupełnie obojętnie.

Jadłem kotlety z ludzkiego mięsa, czego bohater nie skwitował absolutnie niczym, choćby krótkim komentarzem. Zrobiłem sobie zbroję ze skór ludzi, których miałem pochować – znowu nic. Żeby cmentarz był wysoko oceniany, co jest potrzebne do awansu na wikarego, trzeba dbać o odpowiednią „jakość” trupów. Jeśli ktoś był dupkiem za życia, obniży ocenę, co obrazowane jest czaszkami. Czerwone – źle, białe – dobrze.

Można tym manipulować wycinając z denata odpowiednie organy (oczywiście gra tego nie tłumaczy, trzeba na drugim monitorze mieć odpaloną wiki). No to bawi się człowiek w rzeźnika, bo nawet jak coś spartoli, to nie ma żadnych konsekwencji. Myk, truchło do rzeki i lecimy dalej. A że rzeka wpada do pobliskiego miasta? Wartki strumień zwłok najwidoczniej nikogo tam nie dziwi. W pewnym momencie całe miasteczko zajadało się ludzkim mięsem i nikt nawet się nie zastanowił, skąd nagle tyle się go wzięło.

Do tego gra sprawia wrażenie niedokończonej. Część questów związanych z postaciami nagle się urywa, kiedy w końcu uda się zdobyć przepustkę do „wielkiego miasta”, bohater ginie porażony piorunem w momencie opuszczenia granic wioski, a zakończenie jest tak niesatysfakcjonujące, że gracz czuje się, jakby po tych wszystkich męczarniach napluto mu w twarz.

I nic to, że mamy do czynienia z rzemieślniczym produktem, który działa i dobrze wygląda. Bo co z tego, skoro nie oferuje nic więcej, a na rynku są inne produkcje, jak Stardew Valley, Harvest Moon czy któryś z licznych klonów, przy których można spędzić czas lepiej.

Bartosz Stodolny

W śródtytułach wykorzystano fragmenty piosenki „Spokój grabarza” Elektrycznych Gitar

ZAGRAĆ?
OSTATECZNIE
2.0

4
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
4 Komentarze
0 Odpowiedzi
5 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
PentaStar
Użytkownik

Niestety, ale ta gra to jedne grindowisko. Wypust premierowy to był koszmar, potem co prawda twórcy dojechali z wersji 1.020 do 1.030 w ciągu kilku dni, ale trzon gry pozostaje niezmienny. Szkoda, bo oprawa i klimat są przednie… Cześci graczy nie spodobał się też żart z miastem, które jest w opowieściach, ale kiedy już załatwi się wszystkie elementy układanki by się do niego wybrać, okazuje się, że to zwykły easter egg. Bodaj najgorzej wypada element z lochami… Stardew miało to przemyślane i dobrze zaprojektowane, tutaj to zwyczajna katorga.

Graveyard Keeper warto kupić tylko i wyłącznie na jakiejś tłustej 75% wyprzedaży.

peente
Użytkownik

Gra bardzo rozczarowuje, samo chodzenie z miejsca na miejsce to nuda i męczarnia. A można było zrobić coś fajnego, bo temat interesujący.

filazaf
Użytkownik

Chyba graliśmy w inną grę. Ja miałem przez ponad 360 dni co robić na okrągło. Grę skończyłem na 450 dniu. Jedyne co przeszkadzało, to brak wiedzy jak zdobywać niebieskie punkty, a były właśnie potrzebne na trajzegę. Bo wszystko jest opisane w drzeku ci czego wymaga, podobnie jak przy każdej rzeczy do wykraftowania. Co do żarcia, to na początku, wystarczą żelki+jagody, a jak się drzewko posadzi to ma się na kopy energii… Tylko handel z tyłka, prawie niczego nie można sprzedawać xD Nie pamiętam kiedy tak intensywnie ciorałem jedną grę… Na koniec meczyłem się trochę z uzbieraniem 12 golda, bo musiałem… Czytaj więcej »

brzanka
Użytkownik

Głupio się wychylać, ale grałem przed premierą i mi się podobało. Nie dorasta do pięt Stardew Valley, ale ma własny klimat, tylko cały czas trzeba bronić się przed pośpiechem. Dni są zbyt krótkie, a tak wiele do zrobienia… Tak, gra jest chropawa i niewygodna – podobne były swego czasu Harvest Moony, które kompletnie niczego nie wyjaśniały pozwalając graczowi cały czas się obawiać, że zaraz coś zepsuje albo przegra, jeśli nie będzie się spieszył. Nie trzeba się spieszyć. Zgoda co do tego, że warto raczej poczekać na wyprzedaż. Gracze są różni. Ja staram się nie robić w grach tego, czego nie… Czytaj więcej »