Gra już od pierwszych minut zachęca do kombinowania. W wiele miejsc można dostać się na kilka sposobów. Pierwsze rozwiązanie często jest najbardziej logiczne, ale wcale nie najłatwiejsze. I mam tutaj na myśli zarówno typowe zagadki przestrzenne, gdzie po umiejętnym wykorzystaniu LEPIK-a można dostać się w pozornie nieosiągalne miejsca, jak i buszowanie po różnych komputerach i terminalach w poszukiwaniu informacji. Gra właściwie tylko raz postawiła mi nielogiczną, niefajną barierę.Zdaniem Maćka Kowalika: Shock? Tak, ale nie Bio a System. Prey to jedna z gier, w których służbowe maile i notatki łyka się z przyjemnością. Intryguje, jest świetnie zaprojektowane, a jako thriller science-fiction jest też bardzo świeże dzięki niecodziennemu arsenałowi i przeciwnikom. To gra, którą lubi się bardziej z każdą godziną, i która nie przestaje zaskakiwać. Wszelkie myśli o "tylko" Dishonored w kosmosie wywalcie przez śluzę.Talos I sprawia wrażenie monumentalnego, ale po kilkunastu godzinach kurczy się. Znając topografię pomieszczeń i łączące je przesmyki, więcej czasu spędzamy na patrzeniu się w ekrany ładowania niż przebiegnięciu całego rewiru. A biegać, zwłaszcza pod koniec przygody, trzeba sporo. Gra co rusz wysyła nas to w jedną, to w drugą stronę bazy. Kolejno odkrywane przejścia między pokładami Talosa I, a także możliwość korzystania ze śluz i fruwania dookoła stacji w przestrzeni kosmicznej, sprawia, że zupełnie to nie przeszkadza - wręcz przeciwnie, potęguje wrażenie spójnej, przemyślanej konstrukcji, gdzie w każde miejsce można się dostać na kilka sposobów. Pod koniec gry mamy więc do dyspozycji całkiem spory labirynt, który kojarzyć się może z równie fikuśnie zaprojektowaną rezydencją Bakerów z Resident Evil 7.Napisy końcowe Preya zobaczyłem po 18 godzinach gry, ale należy pamiętać, że to czas liczony po save'ach na konsoli, a nie faktycznie spędzony przy grze, jak na Steamie. Tak naprawdę spokojnie mam w wyniku "dwójkę" z przodu, a gdybym nie spieszył się do recenzji i wykonywał wszystkie zadania poboczne, to spokojnie dobiłbym i do "trójki". Wykonałem kilka nieobligatoryjnych zadań, które czasem dawały ciekawe gadżety, czasem dawały je po prostu szybciej niż otrzymałbym je w misjach fabularnych (po kilku godzinach tak i tak się daną rzecz zdobywa). Zawsze był to jednak kolejny wątek NPC-a z krwi i kości, wpisującego się jakoś w szerszy kontekst fabularny.Na przykład uratowanego naukowca, jednego z wielu, który pod koniec gry nagle podpowiada, jak poradzić sobie z głównym problemem. Tym fabularnym, wokół którego wszystko się toczy. Gdybym nie poświęcił pięciu minut na uratowanie mu skóry, to nawet bym nie wiedział, że w grze jest tego typu zakończenie. Bo generalnie jest ich kilka, zależnie od naszego postępowania i świadomie dokonywanych wyborów moralnych. Jak na razie dwa ostatnie Batmany od Rocksteady były dla mnie wyznacznikiem w kwestii płynnego i logicznego łączenia zadań głównych z pobocznymi. Od dziś na równi z nimi stanął Prey.Prey, w przeciwieństwie do Batmanów, nie wyznacza jednak graficznych standardów, ale dzięki przyjętemu stylowi nie będzie się też wyraźnie starzał. Podobnie jak BioShocki czy Dishonored, proponuje lekko uproszczone modele postaci i obiektów. Nie ma się nad czym rozwodzić, nie ma się do czego przyczepić, lepiej skupić się na rzadko spotykanej (zwłaszcza w kosmosie) architekturze Talosa I albo dźwięku. Ten jest świetny, a rewelacyjnej, choć zbyt rzadko pojawiającej się muzyki nie niszczy nawet polski dubbing. Dobrze dobranych głosów słucha się naprawdę przyjemnie. W każdym momencie można też przełączyć się na oryginalne dźwięki i polskie napisy.Piszę tę recenzję we wtorkowe popołudnie. Po weekendowym maratonie, poniedziałkowej zarwanej nocy i dzisiejszym porannym kończeniu gry, jeszcze przed wyjściem do pracy. Mało który tytuł potrafi mnie aż tak wciągnąć, do mało którego po napisaniu recenzji też wracam. Tutaj natomiast brak trybu New Game + jest dla mnie ogromną wadą, bo Talos I chętnie bym ponownie odwiedził na jakichś lekko zmienionych zasadach. Cóż, może po jakimś patchu? A może i bez niego, dla odmiany w skórze pani Morgan Yu, celując w inne zakończenie historii? Bo na Talos I wrócę na pewno.