Niestety skuteczność reguły kciuka, o której pisałem na początku, nie została w żaden sposób potwierdzona. Zdaniem naukowców nie byłoby to nawet możliwe, właśnie ze względu na radioaktywną chmurę, której prędkość zależy od prędkości i kierunku wiatru. Dodatkowym czynnikiem utrudniającym ocenę zagrożenia stanowi też widoczność podczas zachmurzenia. Zatem jak inaczej ocenić, czy znajdujemy się w zasięgu radioaktywnego zagrożenia?Grając w Fallouta na pewno trafiliście na przedmioty z przedrostkiem “Rad”, które niwelowały lub całkowicie likwidowały negatywne skutki promieniowania. Jednostką promieniowania są właśnie rad-y, gdzie jeden rad to odpowiednik jednej setnej dżula energii przypadającej na jeden kilogram ciała.Człowiek pod względem możliwości wchłonięcia zabójczej dawki promieniowania jest dość wrażliwy - wystarczy jedynie 400 radów, by dojść do progu LD50. Oznacza to, że połowa populacji, która zostanie poddana takiej dawce promieniowania, umrze w ciągu trzydziestu dni. Co ciekawe, dawka LD50 dla karaluchów to aż 6500 radów.Napromieniowanie i choroby popromienne są znacznie groźniejsze niż sugerują to opisy w serii Fallout - tak naprawdę nie ma bezpiecznej dawki promieniowania. Uszkodzonych komórek nie da się naprawić, a zmiany czy wszelkie mutacje często bywają recesywne, czyli takie, które objawiają się dopiero po latach lub nawet w następnych pokoleniach. I tylko szkoda, że nie istnieją Rad-X-y i RadAwaye.W finałowej scenie animacji “Wschodząca gwiazda”, która przybliża historię Hany Song - lepiej znanej jako D.Va - widzimy jak bohaterka niszczy reaktor jądrowy, napędzający jej mecha. Sam reaktor był na tyle mały, że nie przeciążał całej maszyny (pamiętajmy o tym, że mech musi latać), a wytwarzał wystarczająco dużo energii elektrycznej, by zasilić jej wszystkie podzespoły. Co gdyby jednak do zasilania wykorzystać coś bardziej stabilnego i mniej awaryjnego jak baterie? Po części mamy z tym do czynienia właśnie w Falloucie, w którym pancerze zasilają ogniwa fuzyjne. Nie starczają one jednak na długo i szybko się wyczerpują, ale ostatecznie spełniają swoje zadanie. Dodatkowo mogą służyć jako amunicja do niektórych broni energetycznych.Sam pomysł atomowej baterii nie jest niczym nowym, bo już w latach 50. ubiegłego wieku pojawiły się pierwsze prototypy wykorzystywane do zasilania aparatów słuchowych czy małych odbiorników radiowych. Zasada działania takiej baterii nie różni się zanadto od tego, z czym mamy do czynienia w reaktorach jądrowych - dalej do wytworzenia energii elektrycznej potrzebujemy energii powstałej w wyniku rozpadu promieniotwórczego izotopu. Jedyną różnicą jest to, że baterie nie wykorzystują reakcji łańcuchowej, o której pisałem wyżej. Taka bateria, podobnie jak termopara, składa się z dwóch elektrod, z których jedna musi być wykonana z promieniotwórczego izotopu (na przykład Niklu-63). W wyniku rozpadu promieniotwórczego dochodzi do emisji cząstki beta, którą z kolei wychwytuje druga z elektrod, przez co pierwsza ładuje się dodatnio, zaś druga ujemnie. Dzięki temu w urządzeniu zaczyna wytwarzać się napięcie, wywołujące przepływ prądu elektrycznego. Oczywiście istnieją różne modyfikacje mające na celu zwiększenie skuteczności, jak choćby ta polegająca na połączeniu kilku takich “termopar” - szeregowo albo równolegle - co pozwala na uzyskanie wyższego napięcia lub prądu (zależy od potrzeb).Główną zaletą takich baterii jest znacznie wyższa żywotność (od dziesięciu do nawet dwudziestu lat), ale niestety uzyskuje się to kosztem sprawności - ledwie kilka procent - dlatego ich rozmiary są często znacznie większe niż tych standardowych, chemicznych. Napięcie generowane przez taką baterię liczone jest w miliwoltach, dlatego obecnie wykorzystuje się je głównie do zasilania urządzeń, które nie wymagają ciągłego nadzoru człowieka - rozruszników serca czy stacji kosmicznych. Ktoś z Was może zapytać: “Skoro wykorzystujemy izotopy emitujące cząstki beta, to czemu nie używać tych generujących promieniowanie gamma, które jest znacznie bardziej efektywne?”. Cząstki beta można w łatwy sposób ekranować, przez co nie są szkodliwe dla użytkownika, jak i środowiska - nie generują wysoce szkodliwego promieniowania Bremsa.Baterie atomowe są wykorzystywane na co dzień, ale przez bardzo wysoką cenę produkcji i niską skuteczność muszą jeszcze poczekać na swoją kolej. Być może znajdą zastosowanie na statkach kosmicznych albo innych pojazdach, gdzie masa nie będzie istotna, ale na razie można je traktować jako zwykłą technologiczną ciekawostkę.W No Man’s Sky mamy do czynienia z kilkoma rodzajami silników - ułatwiającymi start z powierzchni planety i umożliwiającymi osiągnięcie Pierwszej i Drugiej Prędkości Kosmicznej, jak i tymi zwykłymi, wykorzystywanymi do powolnego sunięcia przez pustkę. Silniki pulsacyjne zaliczają się do tej pierwszej kategorii i zapewniają chwilowy, ale i gwałtowny wzrost prędkości, co pozwala na szybszą podróż między systemami gwiezdnymi czy właśnie na opuszczenie planety.Standardowe silniki wykorzystujące ciąg (rakietowe, odrzutowe czy w końcu turboodrzutowe) muszą pracować przez cały czas - podczas lotu płomień wewnątrz komory spalania nie może zgasnąć choćby na chwilę, bo w przeciwnym razie może dojść do katastrofy. Jakiś czas temu pisałem o rakietowych silnikach jądrowych, w których zwykła komora spalania była zastąpiona przez mały reaktor jądrowy, jednak jego zasada działania pozostała niezmieniona - z dyszy wydobywał się strumień gazów, co pchało nasz statek ku górze. Projekt Orion zakładał coś innego, bo zamiast zwykłego silnika produkującego ciąg chciano wykorzystać pulsacyjny napęd jądrowy. Zasadę działania takiego napędu dobrze pokazuje filmik poniżej, gdzie graczowi Kerbal Space Program (jednej z ulubionych gier naczelnego) udało się stworzyć taki statek.Zamiast standardowej dyszy wylotowej na końcu rakiety mielibyśmy do czynienia z czymś w rodzaju płyty, która zbiera energię powstałą w wyniku wybuchu ładunku nuklearnego detonowanego w pewnej odległości od statku. Same bomby byłyby pokryte wodą lub woskiem, co w czasie eksplozji spowodowałoby wytworzenie się wysokoenergetycznej plazmy, która pchałaby naszą rakietę ku górze. W chwili uderzenia plazmy o płytę, rosłaby temperatura tej pierwszej i z początkowych czternastu szybko osiągnęła by aż czterdzieści tysięcy stopni celsjusza. Tak wysokotemperaturowa plazma wydziela promieniowanie ultrafioletowe, które nie przenika przez płytę, co zapobiega jej uszkodzeniu (choć bardziej adekwatne słowo to raczej wyparowanie). Mimo tego i tak po każdej eksplozji znikałby jeden milimetr tarczy; rozwiązaniem miały być natryskiwane na jej powierzchnię różne środki, między innymi woda, grafit albo różnego rodzaje smary. Dzięki wodorowi lub węglowi zawartymi w tych substancjach, promieniowanie ultrafioletowe byłoby pochłaniane, przez co tarcza nie byłaby narażona na jego szkodliwe działanie. Tylko tu pojawia się problem - jak natryskiwać coś w przestrzeni kosmicznej, skoro panują tam skrajnie nieprzyjazne warunki?