"Zamieść coś pod dywan", czyli pozbyć się czegoś po cichu, tak, by nikt nie zauważył. Pasujące to do sytuacji średnio, bo wszyscy widzieliśmy, jak spektakularną klapą okazało się Wii U. A jednak nie potrafię wyzbyć się wrażenia, iż mocniejszą kampanią reklamową Switcha oraz wypuszczeniem Breath of the Wild wraz z premierą nowego sprzętu Nintendo (przy dość wyraźnym przemilczeniu drugiej wersji) nie tylko zaczyna kolejny etap swojej egzystencji na rynku konsolowym, ale również wymazuje wszelkie ślady po tym poprzednim. Od Wii U niżej upadł chyba wyłącznie Virtual Boy. A dzisiaj, przypominam, mamy czasy, w których wyraźna porażka zmiotła niejedną legendę.Ale naprawdę było tak źle? Naprawdę. Wii U przez cztery lata na rynku trafiło do trzynastu milionów graczy. Przy wynikach konkurencji czy nawet 3DS-a to jest po prostu żart. Nic dziwnego, że większość wydawców zeszła z tego pokładu tak szybko. To niesamowite, że Mario Kart 8 kupiło ponad osiem milionów osób. W tej ósemce widziałbym prawdziwych nintendomaniaków, tych, którzy łykną wszystko, co dostarczy im ulubiona firma (i tak, bywam jednym z nich od czasu do czasu). Reszta bestsellerów - Nintendo opublikowało w zeszłym miesiącu top dziesięć - nie powinna nikogo zaskoczyć. Same pewniaki. Splatoon dziś już za taki bierzemy, nawet jeśli dwa lata temu nikt nie potrafił uwierzyć, że zaściankowcy z Kioto mają udaną grę sieciową. To strasznie przykre, że na liście jest Mario Party 10, a takiej Bayonetty 2 brakuje.Co ich zgubiło? Pewność siebie zapewne. Tak samo, jak Sony podczas przesiadki z szóstej generacji na siódmą. "Skoro ostatnio pokonaliśmy wszystkich, nie ma co się spinać" - tego typu pewność siebie. Problem w tym, że sukces Wii był nagły, niespodziewany, trudny do wyjaśnienia właściwie. A baza użytkowników tej konsolki nieco płynna, daleka od definicji przyszłego fana. Średni marketing, średnia pompa, średnia nazwa nawet, bo zbyt bliska poprzedniczki (wystarczyłaby cyfra zamiast tego nieszczęsnego "U"). Cała kanonada przeciętnych decyzji. I jedna naprawdę pomysłowa konsolka pomiędzy nimi. Technicznie zacofana, wyśmiewana. Uduszona poduszką w śnie.Pięćdziesiąt jeden, jeśli wierzyć ciotce każdego studenta, większych gier ekskluzywnych. Z których około połowę potrafi wymienić każdy posiadający Wii U. W Polsce - powiedzmy, że kilkaset osób, zachowując względny optymizm. Gry AAA od zewnętrznych wydawców? Chyba tylko przez kilka pierwszych miesięcy życia konsoli. Dlatego często powraca żart, według którego lata życia Wii U to "2012-2012". Co prawda premiera miała miejsce w listopadzie, więc powinno się jednak dać 2013 rok, ale rozumiem sarkazm. Przez króciutką chwilę rzeczywiście było wszystko: Asasyn, Need for Speed, Batman, Darksiders czy CoD. Ostatnie pożegnanie z Nintendo należało do Ubisoftu, przy okazji szalenie ubogiego portu Watch Dogs. Już w momencie, gdy przyszłość Wii U była od dawna przesądzona.Czy warto kupić dziś Wii U? - czasem zapyta jakiś zbłądzony w Internecie. Dla gier tak - odpowie nintendofil. Ale prawda jest nieco inna. Bo te największe hity zobaczymy na Switchu. The Legend of Zelda: Breath of the Wild, które dziś debiutuje, bez najmniejszych wyrzutów sumienia, bardzo zresztą słusznie, otwiera żywot nowej konsoli. Mario Kart 8 w bogatszym wydaniu trafi na Switcha. Splatoon 2 to tak naprawdę Splatoon 1.5. Myślicie, że Nintendo nie pójdzie za ciosem, nie odświeży jakoś Super Smash Bros. lub 3D World (grudniowa premiera Super Mario Odyssey to perfekcyjna okazja)? Mario Maker oraz włóczkowy Yoshi już zostały ewakuowane na 3DS-a. Następnych "kotletowych" zapowiedzi po prostu trzeba się spodziewać. Spójrzmy nieco inaczej. Wskażmy te unikalne pozycje, które na zawsze pozostaną na tabletowym wraku.Donkey Kong Country: Tropical Freeze. Fantastyczna, wymagająca małpiej zręczności platformówka 2D. Mój osobisty "tytuł startowy", który sprawiłem sobie wraz z konsolą, wierząc, że z Wii U pod telewizorem otwiera się przede mną szersza współpraca z Polygamią (na łamach portalu zrecenzowałem sześć gier dla tego sprzętu - ale poszalałem!). Rzecz tak urocza i piekielnie trudna zarazem, że miałem ochotę często tego rozładowującego się tableta wyrzucić przez okno. Ponad dwadzieścia godzin walki z własnymi ograniczeniami. A potem bezkresna satysfakcja z "platynki". Szczerze jednak liczę, że w Retro Studios dłubią już nad Metroidem, a nie kolejną odsłoną goryla w krawacie. Tropical Freeze miało pecha być "dwójką". Poprzedniczkę (odrobinę lepszą zresztą) mamy na Wii i 3DS-ie.Captain Toad: Treasure Tracker. Piękny pomysł na świeże IP w znajomym uniwersum. Eksploracyjno-logiczny Grzybol, którego wymaksowanie zaliczam do najprzyjemniejszych epizodów związanych z tą konsolą. Kreatywne wykorzystanie tableta - na przykład dmuchanie w niego przy licznych okazjach - ogranicza nieco potencjał eksportowy. Nic nie stoi na przeszkodzie, by Switcha zaskoczyć ewentualną kontynuacją. Zwłaszcza że Nintendo brakuje właśnie takich przyjaznych rozkminek. Niegdyś rolę odgrywała podseria Mario vs Donkey Kong, którą bez serca przemielono na aplikację do szuflowania Amiibosami. Ale Captain Toad doskonale przedstawiał prawdziwą magię Wielkiego N.