Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeStar Fox Zero – recenzja. Starcie innowacji z przystępnością

Czy największa wiosenna propozycja Nintendo spełnia oczekiwania fanów? Czy przekona do siebie żółtodziobów? Zróbcie kilka beczek, a ja postaram się odpowiedzieć na te pytania.

Star Fox Zero
Facebook Twitter Google Wykop
Trust your instincts

Zacznijmy tam, gdzie wielu krytyków zdążyło już dać sobie spokój. Na dobrą sprawę od dwóch lat wiedzieliśmy, że Star Fox Zero ma zamiar w nachalny wręcz sposób wykorzystywać możliwości Gamepada. I robi to, zmuszając graczy nie tyle do pogodzenia się z tym faktem, ile do nauczenia całego sposobu zabawy od początku. Pad od Nintendo 64 był również niemałym wyzwaniem dla początkującego. Ale jego wspomnienie całkowicie blednie przy Zero.

Wszystko wygląda całkiem typowo, dopóki patrzymy na sam telewizor. Osoby trzecie, które wpadły zobaczyć „nową gierkę do recenzji”, widziały wyłącznie standardowego shoot’em upa. Górny ekran pokazuje bowiem Zero dokładnie takim, jaki Star Fox zawsze był. Kamera ustawia się za naszym statkiem, by w trybie „na szynach” pokazywać dokładnie strzelające w naszą stronę tabuny przeciwników, a nowatorskim niegdyś All-Range Mode dość klarownie ukazywać otwarte pole bitwy. Zgrzyta jedynie celowniczek, który całkiem często nie pokrywa się z kierunkiem odpalanych przez nas salw. To pierwszy sygnał, że dla prowadzącego seans gra stanowi zupełnie odmienne doznanie.

Wystarczy zajrzeć mu przez ramię. Kontroler ukazuje akcję w trybie FPP, widzimy więc zarys wnętrza kokpitu oraz (niespodzianka!) prawdziwy celowniczek. To, co celownik przypomina na ekranie telewizora, to wyłącznie wskazówka, w którą stronę skierowany jest „obiektyw” kamery kokpitowej. Nadążacie? Cały szkopuł w tym, iż kontrola wewnętrznej perspektywy oparta jest wyłącznie na żyroskopach kontrolera.

Jakikolwiek ruch kamery oznacza wychylenie nadgarstków, innej opcji Star Fox Zero nie oferuje. A że spora część przeciwników na słabe punkty od spodu albo na plecach, zignorowanie tableta i granie tylko na telewizorze, po staremu, nie ma racji bytu.

tumblr_nq5iritLI71uvipe6o1_500
Gwiezdny Lis McChmurka
Never give up

Łatwe do nauczenia, trudne do wymasterowania” były swego czasu produkcje Nintendo, ale to miłe motto przestaje tutaj obowiązywać. Nowa przygoda lisa McClouda przy dziewiczym podejściu raczej większości z Was nie „kliknie”, bo dopiero w okolicach walki z głównym rozbójnikiem widać pierwsze efekty całej gimnastyki. Dlatego też spora część krytyków odpuściła sobie dalsze rozkopywanie Zero po tych dwóch, trzech godzinach pojedynczej kampanii.

Wymagająca przyjęcia odpowiedniej pozy (noga na nogę i opieranie Gamepada w spokojniejszych momentach jest fajnym rozwiązaniem), ciągłych przeskoków z telewizora na tablet, czasem ogarniania obu jednocześnie i bardzo częstego korygowania środkowego punktu dla żyroskopów (kliknięcie lewej gałki) – gra męczy. Fizycznie.

Łatwe do nauczenia, trudne do wymasterowania” były swego czasu produkcje Nintendo, ale tutaj to miłe motto już nie obowiązuje

Próg byłby wysoki nawet gdyby nikt do mikstury nie dorzucał kilku dodatkowych pojazdów. A tak – nadal rośnie, szczególnie w misjach z Walkerem, kurczakopodobną przemianą naszego Arwinga. Pomysł na Walkera leżał pod lodem od anulowanego Star Fox 2 ze SNES-a i przez kilka wstępnych godzin spędzonych nad tabletem serdecznie mu życzyłem, by jeszcze tam trochę pozostał.

Jak wykręcić beczkę na ziemi?

Choć nawet teraz nie przekonuje mnie do końca. Kurczak bez naszej ingerencji stoi w miejscu, czyli należy poruszać się nim jak w (lekko upośledzonej) platformówce i jeszcze do tego celować żyroskopami. Misje, w których odgrywa główną rolę, uważam za najsłabszy moment Zero. Za wiele chaosu, ciasnych przesmyków na ten model sterowania. Kogucik idealnie wypada za to jako as w rękawie podczas „normalnych” etapów i wieńczących ich bossów. Na tym mogli poprzestać.

Czy gra odwdzięcza się za cały wylany nad nią pot? Owszem, każde następne przejście trybu fabularnego – a jeśli nie wiecie, Star Foxa przechodzi się co najmniej kilka razy – będzie już dużo przyjemniejsze. Mnie dojście do odczuwalnej satysfakcji ze swoich poczynań zajęło dwa dni grania.

Pierwsza kampania, jak wspominałem wcześniej, na kompletnym nieogarnięciu. Druga z rosnącym przekonaniem, że mimo całej swej dziwaczności, sterowanie w Zero ma sens. I zdecydowanie swój unikalny klimat. Dziwne, że tak ekstrawagancki tytuł nie debiutował wraz z Wii U. Na tym etapie możecie sobie odpowiedzieć, czy potrafilibyście stawić czoła nowemu Star Foxowi. Bo jeśli nie – szkoda psuć sobie jeszcze wzrok. Chętnych zapraszam dalej. Bo przecież nikt jeszcze nie powiedział, że za dwuekranową fasadą kryje się przyjemna gra.

Sterowanie będzie wyzwaniem nawet dla weteranów serii
Do a barrel roll

Nawet jeśli Star Fox 64 u nas nie był jednym z najbardziej kultowych tytułów kojarzonych z Nintendo, tak w skali globalnej wywalczył sobie stałe miejsce w historii. Zero próbuje przedstawić jego schemat nowej generacji graczy. Dlatego nie powinno dziwić ponowne wykorzystanie tego samego, kampowego scenariusza, tych samych lokacji, efektów dźwiękowych, kanonicznych cytatów, utworów czy nawet aktorów podkładających głosy. Znowu ratujemy układ słoneczy Lylat przed armią wrogiej małpy (fantastyczny w swej demoniczności Andross) jako osierocony Fox McCloud i jego urocza ekipa. Suchary Peppiego są jak wino, naprawdę.

Nawet jeśli Star Fox 64 u nas nie był jednym z najbardziej kultowych tytułów kojarzonych z Nintendo, tak w skali globalnej wywalczył sobie stałe miejsce w historii.

Oznacza to także, że pomysły wymuszone nowym sterowaniem, takie jak sekcje Walkerem czy ślamazarnym Gyrowingiem (poziomy bardziej wertykalne), wplecione są między najbardziej rozpoznawalne widokówki ze Star Foxa 64. Ponownie uratujemy futurystyczną Cornerię, wielokrotnie powstrzymamy konkurencyjną drużynę Star Wolf, przebijemy się przez pas asteroidów i tym podobne. Lista powrotów jest długa, ale – całe szczęście – bardzo sprawnie uwspółcześniona. Zdecydowana większość etapów powoduje banana na twarzy, a morze przeciwników aż wylewa się z ekranu. Strach pomyśleć, ile kucia czego chętnych na wszystkie medale (ot, tutejszy odpowiednik osiągnięć).

Jak na Star Foxa przystało, jedno przejście kampanii obnaża zaledwie małą część całej gry. Na mapie galaktyki kryje się wiele rozgałęzień, alternatywnych planet lub ścieżek na tych już raz zaliczonych. Powolne ich odkrywanie, bo powtarzać można każdą misję, to największa frajda. Zwłaszcza że nie są to typowe bonusy. Niektóre poboczne misje oferują tyle samo, jeśli nie więcej, miodu od podstawowych. Zdradzę na przykład, że nie tylko samym Foxem można w Zero sterować. Bycie ciekawskim odkryje bodaj największą bombę sentymentalną w dziejach serii. Zobaczenie wszystkiego bez posilania się wskazówkami z Internetu powinno zająć około dziesięciu godzin radosnej sieczki.

Krótkometrażowy film animowany o przygodach Foxa

A co, gdy masterowanie krótkich poziomów zacznie nużyć? Kooperacyjny multiplayer, i to z gatunku tych młodzieżowych. Jeden gracz operuje klasycznym padem, grając w Star Foxa na starych zasadach, drugi obsługuje wyłącznie padlet i bawi się w żyroskopową strzelankę na szynach. Brzmi banalnie, ale znajomy z odpowiednią zajawką może wprowadzić w Zero drugie życie.

It’s a trap!

Oprawa graficzna była już tematem wielu pamfletów nawet na Polygamii, więc warto wyjaśnić, jak gra wygląda naprawdę. Wizualnie – całkiem nieźle, wprowadzając serię (czy też może – ducha odsłony z N64) w świat wyższych rozdzielczości. Oczywistym jest jednak, iż w porównaniu z topowymi tytułami na Wii U, na przykład Bayonetką 2, wypada odrobinę koślawo. Wszak dzieli skromne zasoby konsoli na dwie pełnoprawne perspektywy. Większym zmartwieniem napawały mnie zauważalne spadki animacji, które w kluczowych momentach, na przykład w środku walki z gigantycznym bossem, utrudniały zabawę. „Coś za coś” można by rzec, jednak Nintendo przyzwyczaiło do topowego poziomu swoich wewnętrznych marek.

Jednorazowe zaliczenie kampanii to tylko początek

Jaki jest naprawdę Star Fox Zero? Jest dobry. I to już ulga. Gdybym miał jednak decydować między nim a Foxem 64 3D, bez wątpliwości wręczyłbym przyjacielowi najpierw 3DS-a. Po pierwsze dlatego, iż przystępność wygrywa z innowacją, przynajmniej w tak prostolinijnym gatunku, jakim jest kosmiczna strzelanka ze stateczkami.

[…]znajomy z odpowiednią zajawką może wprowadzić w Zero drugie życie.

Mamy u nas pewną przewagę nad skalą dziesiętną, że my właśnie tak po kumpelsku gry polecamy lub odradzamy. Nowe dziecko Ninny i Platinum Games jest zbyt kontrowersyjne, by trafić do każdego. Stąd poniższy werdykt. Możesz odbić się od tableta i „Zero” to co najwyżej będziesz miał przyjemności. Dlatego zalecam ostrożność. Jeśli przebijesz się przez żyroskopową, powodującą zeza barierę, odnajdziesz tutaj przyzwoitą, bogatą w zawartość grę.

Zagrać? Można
  • Platformy: Wii U
  • Producent: Nintendo, Platinum Games
  • Wydawca: Nintendo
  • Dystrybutor: Conquest
  • Data premiery: 22.04.2016 r.
  • PEGI: 7

Grę do recenzji dostaliśmy od dystrybutora. Screeny pochodzą od wydawcy.