Kapitał, ale tylko marketingowy, na wydarzeniach z polityką w tle zręcznie zbija Ubisoft. Ghost Recon 2 w 2004 roku znalazł się w centrum zainteresowania z powodu przedstawionego w nim fikcyjnego konfliktu między dwiema Koreami, osadzonego w 2007 (wersja na PS2) i 2011 (wersja na Xboksa) roku. Fikcyjnego może i tak, ale przy tym niebezpiecznie bliskiego rzeczywistości. Mówimy o półwyspie, na którym 5 lat temu Seul trzymał w gotowości 11.000 sztuk artylerii wycelowanej w północnego sąsiada. Paradoksalnie Ghost Recon 2 pozwolił zwaśnionym państwom stanąć po jednej stronie barykady. Południowokoreańska Organizacja Klasyfikacji Mediów odmówiła wydania zgody na sprzedaż gry na terenie Korei Południowej, choć to Korea Północna była w niej przedstawiana w złym świetle. Sam reżim wypowiadał się głównie przez zależne media, piętnując stojących za spiskiem Amerykanów w stylu, który doskonale znamy: Przez propagandę, rozrywkę i filmy, [Amerykanie] pokazują wszystkim swoją nienawiść do nas. Dla nich może to być w tej chwili gra, ale wojna nie będzie dla nich grą. Podczas wojny spotka ich druzgocząca porażka i śmierć Przedstawiciele Ubisoftu zachowali powściągliwość, w lakonicznym komentarzu informując, że ich intencją było wiarygodne przedstawienie fikcyjnego konfliktu, pozostając jednak daleko od aktualnych wydarzeń. Własne słowa poddali w wątpliwość przy okazji Ghost Recon Advanced Warfighter. Scenariusz tego świetnego taktycznego shootera zaczynał się od północnoamerykańskiego szczytu, w którym wzięli udział prezydenci Stanów Zjednoczonych i Meksyku oraz premier Kanady. W wyniku ataku meksykańskich rebeliantów premiery Kanady zginął, a pozostałe głowy państw zostały porwane. Gra ukazała się na początku marca, tymczasem pod jego koniec nastąpiło faktyczne spotkanie wymienionych przywódców - prezydentów George'a Busha i Vicente Foxa oraz premiera Stephena Harpera. Meksykańskich rebeliantów zabrakło, ale media podchwyciły tę zbieżność faktów (w obu przypadkach miejscem rozmów był Meksyk) i szeroko się o niej rozpisywały, po raz kolejny zapewniając Ghost Reconowi darmowy rozgłos. Poproszony o komentarz pracownik firmy Adrian Fernandez-Lacey powiedział, że Kanadyjczycy nie powinni brać do siebie przedstawionych w grze wydarzeń, bo "pozostali liderzy musieli pozostać przy życiu, by utrzymać tempo gry. Amerykański prezydent również musiał przeżyć, gdyż grupa żołnierzy, którą kieruje gracz, to Amerykanie. Siłą rzeczy zatem Kanadyjczyk był jedyną osobą, którą mogliśmy poświęcić dla historii”. Będąc pół-Kanadyjczykiem i pół-Meksykaninem zażartował też, że jego akurat twórcy gry zaatakowali na dwóch frontach: Kiedy wysłali do mnie projekt scenariusza, powiedział: hej, najeżdżacie mój kraj i jeszcze zabijacie mojego premiera! Facet popisał się sympatycznym dystansem do siebie, którego brakuje wielu politykom zabierającym głos w sprawie gier wideo. Ale to z kolei zaszczepia się pewnie małym Kanadyjczykom (nawet jeśli są nimi tylko w połowie), od lat z uśmiechem znoszącym żarty na swój temat opowiadane przez południowych sąsiadów.