Właśnie, Skellsy, czyli te mechy, które powinieneś kojarzyć choćby z okładki Chronicles X. Nieprędko zasiądziesz za ich sterami, bodaj w połowie scenariusza, a dodatkowo czeka Cię jeszcze mozolne wyrobienie licencji pilota. Po kilku godzinach dalszego wątku fabularnego, największej de facto zmory gry, zdobędziesz też możliwość lotu i choć zmienia to kompletnie dotychczasowy charakter rozgrywki, szersze ujmowanie tematu podchodzi już pod spoilerowanie niespodzianek. Możesz być pewny, iż Mira skrywa wiele przyjemności poza barierą pierwszych trzydziestu godzin zabawy, nawet tych, których spodziewaliśmy się dużo wcześniej (Skellsy, dwa niedostępne początkowo kontynenty). Ba, czuję, że nawet za kilka tygodni odkryję coś, bez czego już nie będę potrafił wyobrazić sobie tej planety.Piękny, gigantyczny, pociągający - taki jest japoński kontratak na piaskownice CD Projekt RED lub Bethesdy. Wprawia w zachwyt, jeśli pamiętamy o technologicznych ograniczeniach Wii U. Być może graficznie rzeczywiście tkwi o jedną generację konsol z tyłu, a przeskok z Fallouta może być nieco kłopotliwy, trudno się z tym kłócić. Niemniej przyjdą czasy, gdy wszystkie tegoroczne produkcje będą budzić uśmiech politowania. Wtedy o tych „istotnych” decydować będzie wyłącznie magia, jaką posiadały. I pod tym względem drugi Xenoblade może śmiało konkurować z resztą stawki.X nie prowadzi za rączkę prawie nigdy. Ogarnięcie wszystkich systemów, rozszyfrowanie co idzie z czym, co daje jakie korzyści, jakie ikony na mapie oznaczają poboczne zadania, jakie pobocznych bossów - to wszystko znajdziecie wyłącznie (!) w instrukcji, również wyjaśnione po łebkach. Taka nieprzystępność może odrzucić od siebie sporą część graczy, ale najwyraźniej była zaplanowana. Tutoriale? Zapomnij. Naucz się wszystkiego sam, metodą prób i błędów, albo giń raz za razem, aż do odłożenia gry na półkę. Czy również nie o to by chodziło, o umiejętność przystosowania, gdybyśmy musieli skolonizować obcą, nieprzyjazną planetę?Ha, ładnie tłumaczyłoby to Chronicles X. A prawda jest taka, że odrobinę dodatkowych informacji wcale tajemnicy Miry by nie zaszkodziło. Ja dopiero po dziesięciu godzinach zabawy poskromiłem systemowe podstawy. Wcześniej frustracja nie pozwalała dojrzeć pozytywów, szykował się niższy werdykt, krzyczałem o zdradach i herezji. Na szczęście minęło.Gdy opanujesz większość niedopowiedzianych kwestii i czujesz wiatr w żaglach, pragniesz robić to, co Monolith Soft wyszło tym razem najlepiej: kompletować zadania poboczne, szukać odpowiednich potworków, eksplorować kolejne lokacje Miry, grindować swoją postać. Deweloper był tego chyba świadom, dlatego między każdą główną misją fabularną na gracza czeka nawet do kilku godzin waty - odkryj 20% kontynentu, polub się z członkiem drużyny, zrób taką a taką misję poboczną, podnieś swój poziom. Scenariusz pozostaje złem koniecznym, dwunastoma krótkimi wydarzeniami, które ani nie opowiedzą tak wiele o Mirze (sporo informacji pozostawiono sidequestom), ani nie dadzą większej frajdy. I hej, spędzisz przy nich mniej niż jedną dziesiątą wszystkich wieczorów pod znakiem nowego Xenoblade.