Xbox One X rozmiarami jest prawie identyczny z "eską", co dobrze widać na zdjęciach. Posiada też identyczny zestaw wejść i wyjść z przodu i tyłu obudowy. Jeśli idzie o różnice, które da się zaobserwować przed odpaleniem konsoli, warto wskazać trzy. Po pierwsze One X jest wyraźnie cięższy od poprzedniego modelu. Ba, od oryginalnego Xboksa One też. Tamten ważył 3,5 kilograma - One X jest cięższy o 300 gramów. Nie ma to wielkiego znaczenia w przypadku konsoli stacjonarnej, ale może być pierwszą oznaką, że pod niepozorną, matową obudową kryje się sporo "mięśni".Stąd - i to druga obserwacja - dziwną decyzją wydaje się zamknięta górna część obudowy, która w "esce" pomagała chłodzić układy. W Xboksie One X siedzi wydajniejszy procesor (8-rdzeniowy "Jaguar" od AMD, ale taktowany już zegarem 2,3 GHZ a nie 1,75 GHZ), więcej pamięci RAM (12 GB GDDR5 kontra 8 GB DDR3) oraz karta graficzna, oferująca ponoć aż 6 teraflopów mocy, przy której 1,3 teraflopów oferowane przez Xboksa One S wypada śmiesznie. Oczywiście zasilacz w dalszym ciągu jest wbudowany.A mimo to zakryto obudowę od góry. Efekt? Nagrzewa się szybko po włączeniu sprzętu. I niezależnie od tego, do czego jest wykorzystywany. Jest tak samo ciepła po odcinku serialu na Netfliksie, jak po kilkugodzinnej sesji Assassin's Creed Origins. Nawet po przełączeniu X-a w tryb gotowości, temperatura plastiku nie spada. Tyle dobrze, że po wyłączeniu tracący temperaturę plastik nie wydaje żadnych odgłosów. W trakcie tygodnia z konsolą ani razu nie dane mi natomiast było słyszeć jej systemów chłodzących. Chłodzona cieczą "bestia" pracuje bezgłośnie, ciszej niż mój roczny Xbox One S, który i tak jest cichutki. Poza święcącym się logo, jedynym znakiem, że One X działa, jest czytnik płyt. Niestety przerywa burczeniem ciszę nie tylko w trakcie instalacji gry, ale również w trakcie oglądania filmów na Blu-rayu. Choć po jakimś czasie przestaje.