Pomiędzy latem 2016 a wiosną 2017 Pokémon Go zapadło w swoją wersję snu zimowego. Aplikacja rozwijała się, owszem, lecz tempem żółwia, który przeżył już czterech właścicieli. O wszystkich zmianach pisaliśmy na bieżąco - ale był to jeden wpis na dwa, trzy tygodnie. "System" Buddy, wydarzenia sezonowe, później działający radar, premie dzienne dla regularnych graczy. Złośliwy syknąłby, że to właśnie wszystko, czego zabrakło jeszcze w lipcu i sierpniu. Ale ja pamiętam, że Niantic ostrzegało, iż mają zamiar rozwijać swoje dziecko powoli. To nam, konsumentom, odbiła szajba. Bywały dni, gdy "spacerowało się" grubo ponad dwadzieścia kilometrów. Noc, dzień, przed śniadaniem, po kolacji, na papierosa, z psem, na piwo, pobiegać, na rower, z kumplami, samotnie, na smutno lub na wesoło. Nawet jeśli skończyliśmy szybko, tak intensywnie nie gramy już za często. I cośmy się wtedy naprzeżywali nieznanych wcześniej przygód, to nasze.Telefon wyjmuję z kieszeni co jakiś czas. Na pewno nie potrafiłbym afiszować się nim bez przerwy. Dzisiaj nawet troszkę wstyd, gdyby ktoś zobaczył, co na wyświetlaczu. Ale wibracje informują mnie, gdy w pobliżu coś się pojawia. Właśnie tak, od czasu do czasu, łapię po drodze Hoothoota, trzy Spinaraki, dwa Natu, Swinuba i Snubbula. Z politowaniem, a być może częstą u mnie tęsknotą za czasami utraconymi, przypomniałem sobie ulice mojego rodzinnego Lubania zasypane Rattatami, Pidgeyami, Weedle'ami. Dziś to wygląda nieco inaczej. Dwie pierwsze generacje Pokémonów były jedynymi, na jakie mogło załapać się reprezentowane przeze mnie pokolenie. Gdy do gry (o ile) trafi generacja trzecia, nie będę miał już żadnego odnośnika. Na razie mam jednak te stworki, które pamiętam z ulubionej odsłony gry. Kumpel dostał wtedy kolorowego Game Boya. Silvera rozłożyliśmy na łopatki. Korzystając, oczywiście, z kilku solucji w czasopismach. Bo język angielski jeszcze długo mieliśmy rozkładać.Pamiętam, że Patryk pisał w lutym tego roku, gdy Niantic wprowadziło owe ogromne (zwłaszcza jak na ich standardy) rozszerzenie, że to ostatnie "nieprzekombinowane" Pokémony. To akurat nieprawda, bo nawet świeżynki z Sun i Moon w zupełności by zasługiwały na taki epitet. Ale fakt - Chikorita z watahą byli jedynymi, jacy załapali się na Polsatowskie godziny szczytu, przez co mogą sprawiać wrażenie "przyjaznych". Gdzie potem, po Johto, trafiły Pokémony - bijcie mnie, nie pamiętam. Nic dziwnego, że z niemal setką nowych mordek w Pokédeksie, mimo nieprzyjaznej pogody za oknem, sporo osób na jakieś dwa tygodnie poczuło ułamek letniego zewu. Niemniej stało się wtedy jasne raz na zawsze, wystarczyło wyjść na wrocławski rynek, rozejrzeć się dookoła - nieważne, co zrobi Niantic, lipiec 2016 roku jest fenomenem niemożliwym do powtórzenia.