I przez pierwszą minutę faktycznie ignorowałem tę wypatrzoną strużkę. To naprawdę był taki teren, że growe przyzwyczajenia podpowiadały absolutny brak czegokolwiek wartego uwagi. Ale potem zabiłem jeszcze jakiegoś bokoblina, odwróciłem się, użyłem lunety, na przybliżeniu zobaczyłem tę samą wstążkę dymu, tylko powiększoną (brawo, geniuszu), westchnąłem, podrapałem się po głowie... No, tak naprawdę nie, ale zawsze tak się mówi, jak opowiadamy, że się nad czymś zastanawiamy, więc załóżmy, że jednak wtedy specjalnie przestałem grać i odłożyłem gamepada Wii U, żeby podrapać się po głowie. Końcem końców poszedłem do źródła dymu.Podróż nie była długa. Wspiąłem się na półkę skalną i sfrunąłem z niej na drugą stronę kanionu. Potem krótki spacer i proszę, widzisz, głupku, widzisz?, dogasające ognisko, prosty asset, nic tutaj nie ma, po co żeś... Żartuję, było coś. Nawet ktoś. Trzech ktosiów!Nie znam jeszcze nazwy tej rasy, więc fanów The Legend of Zelda proszę o odłożenie wideł (i tak wam się rozpadną po dwóch uderzeniach), ale chodzi o takich przesympatycznych grubasków, którzy wyglądają, jakby ich religią był ludzik Michelin. Słodziutka zgraja. Tutaj, na krańcu świata, wśród gór i kanionów, czekało na mnie trzech takich Pączusiów. Akurat przeszkodziłem im w próbie ognia, w której próbowali dowieść swojej niedoścignionej wytrzymałości w kwestii gorąca. Zaprosili mnie więc na usłaną rozżarzonymi węglami arenę, bym też dowiódł tego i owego. Nie będę już wnikał w szczegóły, ale wyzwanie przyjąłem i bawiłem się setnie. Zupełnie zapomniałem o ratowanych przed bokoblinami podróżnikach (poproszę o minutę ciszy), o kanionie czy tym, że zaraz będzie czwarta nad ranem. Miałem swoje małe odkrycie i buzia uśmiechała mi się od ucha do ucha.To właśnie tego typu przygody przytrafiają się w Breath of the Wild. Ta akurat była nocną wisienką na torcie, bo już wcześniej, zanim los przywiódł mnie do kanionu, co i raz robiłem ekscytujące rzeczy. A przytrafiały mi się tylko i wyłącznie dlatego, że postanowiłem pofatygować się w jakieś miejsce na mapie, które mnie zaintrygowało - czy to swoją nazwą, czy kształtem. Chciałem na przykład zobaczyć szkielet smoka, ale po drodze zgubiłem się w burzy piaskowej i zamiast tego odkryłem silnie strzeżony obóz bokoblinów. Skuszony skarbami zaszedłem bydlaków od tyłu i wspiąłem się na ich budynek, by spuścić deszcz strzał. Podziałało. Nagrodą był diament, który w świecie magii, eliksirów i Pączusiów również jest bardzo wartościowy. Bogatszy wydostałem się jakoś z epicentrum burzy i do szkieletu smoka w końcu dotarłem. Tam z kolei spotkała mnie sytuacja żywcem wyrwana z animacji studia Ghibli.