Był 16 Października 2012 roku. Tydzień wcześniej obroniłem pracę magisterską i załatwiałem ostatnie formalności. Kiedy głównym wejściem do wydziału wszedł oddział wojska, chyba wszyscy pomyśleliśmy "No nie... znowu?". Tak jak w poprzednich trzech przypadkach w tym miesiącu spakowali nas do ciężarówek i wywieźli po schronach, jak zwykle "na wszelki wypadek". Zarówno studentów jak i kadrę naukową. Dotarliśmy do celu w kilkanaście minut i według dowódcy oddziału, czekało nas jakieś pięć godzin siedzenia na tyłkach. Już kiedy wpadli na uczelnię, wiedziałem że nic już dzisiaj nie załatwię, więc siedząc na schronowej stołówce wyciągnąłem z torby drugi tom "Krążących sfer", z nadzieją że mam wreszcie chwilkę czasu na skończenie lektury. Podano nam napoje (bezalkoholowe rzecz jasna) a ja, ignorując głośne narzekania na wszystko siedzącego obok Weissberga, zatopiłem się w świecie młodego adepta magii. Jakieś trzy godziny później z lektury wyrwał mnie wstrząs. Dopiero blednące i przerażone twarze ludzi wokół mnie, pozwoliły zdać sobie sprawę z tego co się wydarzyło. Pomyślałem, o Magdzie, o rodzicach, przyjaciołach, tych wszystkich, którzy zostali na zewnątrz. Tyle miało być już tych końców świata... dlaczego akurat tym razem alarm nie okazał się być fałszywym? Teraz, kiedy właśnie miałem wkroczyć w zawodowe życie. Przyjrzałem się twarzom wokół. Kilku starych kumpli, parę ładnych dziewczyn z pierwszej grupy dziekańskiej, niemal cała kadra akademicka. Zrozumiałem że właśnie z tymi ludźmi spędzę w najlepszym wypadku większość, w najgorszym całą resztę życia. cdn...