Ale materiał, jakim wypchano cały szkielet, jest dla Zeld zupełnie świeży. W tej wersji Hyrule jest światem po gigantycznej porażce. Sto lat wcześniej antropomorficzne rasy przegrały wielką bitwę z Calamity Ganonem. Zapomnijcie o klimatach postapo (to by mogło być ciekawe!), królestwo jest nadal przepiękne, lecz ludzkość egzystuje na skraju kolejnej katastrofy, każdy następny dzień jest dla niej prezentem od bóstw. W małych miasteczkach można wyczuć strach, smutek i żal. A wydarzenia sprzed stu lat - czyli tak naprawdę jedyny emocjonalny kontekst, jaki dostajemy - nadal odbijają się rozrywającym serce echem. Zaskakująco przerażający to świat, gdy spróbuje się go rozwikłać. Jak gdyby na przykład z Ocarina of Time wyciąć sekcje z młodym Linkiem.Mam nadzieję, że lubicie narrację środowiskową w Dark Souls, bo w przeciwnym wypadku Breath of the Wild wyda Wam się pozbawione fabularnego mięska. Kilkanaście opcjonalnych wspomnień z dawnych losów Linka i księżniczki dostarcza wyłącznie absolutnego minimum. Całą resztą odkopać należy samodzielnie. Skala przegranej przez ludzkość bitwy liczona będzie w setkach porośniętych mchem Strażników - pająkowatych robotów, spuściźnie po bardziej zaawansowanych czasach. O legendarnych wydarzeniach usłyszycie tylko pieśni wędrownych bardów. A gdy staniecie na skraju mostu, postać NPC podpowie, że to nie jest jedyne rozwiązanie, jak gdyby przed Wami wiele osób popełniło tam już samobójstwo. Ziarnko do ziarnka - tak odkrywa się prawdziwą naturę Hyrule. Posępna atmosfera nie jest niczym nowym dla tej serii. W przeciwieństwie jednak do wieloznacznego Majora's Mask oraz nachalnie mrocznego Twilight Princess Breath of the Wild tworzy sprawną iluzję. Świata, w którym chciałoby się żyć, ale świata, w którym niewielu żyjących żyć chce nadal.Nawet Zelda przeszła odpowiednią metamorfozę. Nie będzie pięknym drogowskazem, nie będzie wspierać dobrym słowem, nie będzie entuzjastyczną towarzyszką przygód. To krucha istota, która przestaje wierzyć w szczęśliwe zakończenie, a błękitna krew płynąca w żyłach, sugerująca większą odpowiedzialność oraz przeznaczenie zbawcy świata, staje się dla niej brzemieniem ponad siły. Jak wspaniale w kontekście dubbingowanych scenek przerywnikowych (po raz pierwszy w kanonicznych odsłonach) wypada przy niej milczący protagonista. Chce jej pomóc, ale nie potrafi. Ogranicza się do czuwania przy niej, do ostatniej chwili.Piękno Breath of the Wild polega tak naprawdę na tym, że zaczniecie sobie grać dzisiaj i być może przez najbliższy miesiąc w ogóle nie dowiecie się niczego o księżniczce, nie zobaczycie ani jednej scenki z jej udziałem. Celując w nową wersję oryginału z NES-a - prawdopodobnie pierwszej gry z prawdziwie otwartym światem - Nintendo wykopało przez okno również wiele tradycyjnych elementów gameplayu The Legend of Zelda. Misja została wykonana. Są plusy, są ofiary, są też (wbrew temu, co sugeruje Wam ta kontrowersyjna średnia ocen) wyraźne minusy. Warto jednak pamiętać, że ostatnio tak gigantyczną rewolucję seria zaliczyła, gdy przeszła w trzeci wymiar.Nie grałeś nigdy w Zeldę? Nie jesteś jedyny, pewnie teraz wiele osób, które do tej pory tylko o serii słyszały, zastanawia się nad sprawdzeniem Breath of the Wild. Zeldy to najprościej ujmując takie przygodówki w erpegowym sosie. Albo RPG-i bez żadnych statystyk, o. Do fantastycznego świata dokładają mnóstwo zręcznościowych elementów (na przykład walkę z lockowaniem kamery na przeciwniku i odskokami) oraz mnóstwo naprawdę wymyślnych zagadek logicznych. Ktoś bez żadnego szacunku dla historii marki mógłby powiedzieć, że Zelda to rodzinna odmiana The Elder Scrolls. A prawda jest taka, że do Zeldy podobna jest tylko Zelda. Oraz kilka gier od niej pożyczających. Nikogo nie zdziwi, że Okami było inspirowane Zeldą. Ale podobnie można napisać o dylogii Darksiders.W wątku rozmiarów piaskownicy mieliśmy w ciągu tej generacji tak dużo solidnych nowych tytułów pragnących zdobyć wyróżnienie za "największy świat", że już się pogubiłem. Ale i tak Breath of the Wild wydaje mi się olbrzymie, zwłaszcza pamiętając, że tutaj da radę na wszystko się wspiąć. Gdybyście nawet wyliczyli kilkanaście pozycji, gdzie połacie terenu były większe, niewiele z nich mogłoby dyskutować z poetyckim charakterem Hyrule. To niesamowite, że przerost formy nad treścią działa. Choć przecież od tak dawna narzekamy na ubisoftową formułę - ledwo widoczną przez siatkę ikonek mapę - i wyczekujemy nielicznych gier, w których eksplorujemy horyzont wyłącznie dla towarzyszącej temu pasji, że zamiast zaskoczenia powinienem wyrażać ulgę, iż do panteonu dołącza teraz Nitendo. No to "uff"?Na pewno nie każdego przekona urok spędzania czasu niczym w "Sonetach krymskich". Przemierzanie pieszo oceanu trawy ciągnącego się kilometrami z księżycem jako jedynym towarzyszem. Piętnastominutowa wspinaczka na graniczący z pustynią klif, by rozejrzeć się za śladami życia. Powolne czajenie się na dzikie konie. Przeczekiwanie burzy pod skalnym zadaszeniem. Wspinanie się na drzewa, by zerwać kilka jabłek. Podążanie w górę rzeki dla samej przyjemności zbadania jej źródła. Przeszukiwanie ruin fortu wzbogacone kilkoma uderzeniami pianina w słuchawkach. I zawsze - planowanie następnej podróży na podstawie rozdziawiającego szczękę krajobrazu przed Linkiem. Gra Was za to nie nagrodzi. Ale nie będziecie z tego powodu narzekać.