Zmien skórke
Logo Polygamii

PublicystykaZeldzie stuknęła trzydziestka. Ależ ten czas leci!

Nawet niedzielni fani przygotowywali się na tę rocznicę mimowolnie, łykając trzy pyszne kotleciki – Wind Waker HD, Majora’s Mask 3D i zerkające zza winkla Twilight Princess HD. Triforce Heroes z kolei bardzo zmyślnie manipulowało myślami wokół liczby 3, więc akademicka analiza jej zbieżności z tą rocznicą mogłaby się obronić.

Facebook Twitter Google Wykop

A jednak trudno mi przymknąć oko na niedbalstwo Nintendo. Gdy w zeszłym roku urodziny obchodził brzuchaty hydraulik, impreza zdawała się jakby huczniejsza. Wspomnijmy chociaż rewelacyjne materiały promocyjne Super Mario Maker, oddające hołd całej historii serii, lub same Mario Maker. To nie gra przecież, to podsumowanie ideologii Mario. Bardzo zgrabne w roli łącznika między tymi, co grali lata temu, a tymi, którzy grają od niedawna i tworzą w głowie archetyp gatunku. Wiecie już, do czego piję, prawda? Świeczki na torcie zapalimy sobie przed odrestaurowanym Twilight Princess, a nie – jak podpowiadałoby serce – tą nową Zeldą, dla której wielu kupiło Wii U.

Ale czasem trzeba przełknąć łyżkę dziegciu. Popatrzmy na Metroida dla porównania. Czy Federation Force w jakikolwiek sposób odwdzięczy się serii za trzydzieści lat przełomowych tytułów? Bardzo wątpliwe, to Metroid na siłę, niemający nic wspólnego z całym kultem. Taki kontekst udowadnia, że The Legend of Zelda „zasłużyła sobie” na wiele więcej.

Jej zagmatwana natura zawsze spychała ją na dalszy plan, ale zapytajcie któregokolwiek nintendofila, bez jakiej marki nie poradziłby sobie na bezludnej wyspie. On, jednostka grająca, nie bezkształtna masa żywiąca się popkulturą. Podpowiedź: to nie byłby Mario.

Świeczki na torcie zapalimy sobie przed odrestaurowanym Twilight Princess, a nie – jak podpowiadałoby serce – tą nową Zeldą, dla której wielu kupiło Wii U.

Zelda przez swoje niekrótkie życie rozrosła się w jeden z, jeśli nie najlepiej oceniany taśmociąg gier konsolowych. Miała dziwne momenty, to oczywiste, jak czarną owieczkę w postaci The Adventure of Link. Rzecz frustrującą, zaszyfrowaną na siłę, zbyt eksperymentalną. Miała także momenty, o których wolałaby zapomnieć, czyli produkcje na Philips CD-i. Jeżeli nie mieliście nigdy okazji, polecam zapoznać się z nimi za pośrednictwem Youtube’a – ubaw po pachy. Miała ponadto paszkwilową animację telewizyjną, dzięki której zrozumieliśmy, dlaczego Link na wieczność pozostał niemową. Mrocznych momentów na osi czasu było zaskakująco sporo.

Gdzie jesteś Zeldo na Wii U?

Ale poziom tych prawdziwie wyjątkowych odsłon Legend of Zelda skutecznie zatarł wszelkie szare ślady. Zwłaszcza że było ich co najmniej kilka. Zauważmy – każdy pełnoprawny sprzęt Nintendo ma swoją unikalną Zeldę, niektóre nawet po dwie. I te tytuły zawsze zajmują zaszczytne miejsca we wszelakich podsumowaniach najważniejszych z tych najlepszych. To dla nich wielu inwestuje w retrosprzęty i wydaje bajońskie sumy na serwisach aukcyjnych. Niżej podpisany również. Nie istnieje prawdopodobnie seria, dla której zrobiłbym więcej.

The Legend of Zelda: The Twilight Princess

Co jest zresztą szalenie ciekawe w przypadku cyklu, którego schematyczność bez problemu porównalibyśmy z wieloma rokrocznymi przebojami obecnych czasów. Kwestia nota bene często pomijana przez krytyków. Oni po prostu następnej wizyty w Hyrule wyczekują zbyt mocno, by wytknąć jej potem typową dla Nintendo niechęć w odcinaniu się od korzeni. Pomijając podobieństwa fabularne, te gry naprawdę bywają swoimi własnymi kalkami.

Stwórzmy sobie kolejne przygody Linka! Czego potrzebujemy? 1. Kilku/kilkunastu rozbudowanych dungeonów, w których podstawową zasadą jest odnalezienie nowego przedmiotu, bo bez jego pomocy nie sposób rozwiązać zagadki prowadzącej do bossa. 2. Instrumentu służącego kolejnym zagadkom i odgrzewaniu sentymentalnych melodii. 3. Mechaniki binarnej towarzyszącej całej grze: wilk/człowiek w Twilight Princess, przeszłość/przyszłość w A Link to the Past, młodość/dojrzałość w Ocarinie. 4. Przemawiającego za gracza oraz do gracza nieludzkiego przewodnika, wróżki, czapki, bożka. Zazwyczaj okropnie irytującego. 5. Bomb, miecza i łuku. Wiedzieliście, że oryginalne The Legend of Zelda można przejść za pomocą samych bomb? 6. Palety barwnych postaci pobocznych. Warto tutaj wstawić klasyczne „I am error”, pierwszą taką postać w serii. 7. Księżniczki, której imieniem błędnie przez trzydzieści lat będzie się nazywać protagonistę.

The Legend of Zelda (1986r.)

Alchemik na miarę Eijiego Aonumy chwyta większość składników i wlewa do innego gara, podgrzewając innym ogniem, coś strzela, bulgocze – wychodzi nowa Zelda. Czasem trójwymiarowa, by świat cały wprawić w osłupienie, czasem ze staroszkolną kamerą od góry, by samych fanów wprawić w osłupienie. Ale niemal zawsze ze średnią ocen na poziomie 90 wzwyż według skali Metacritica. Sporym niedopowiedzeniem byłoby w tym miejscu napisać, że to dobry wynik.

[…]większość zjawiska określanego euforycznie „magią Nintendo” jest poszanowaniem i kontynuowaniem ustalonej dawno temu tradycji. Z gracją, jakiej Activision, EA czy Ubisoft nie zrozumie[…]

Czyli co, we wszystkich grach świata irytuje nas zjadanie własnego ogona, jednak Linka bronimy niczym polityk urzędu, nawet jeśli doskonale wiemy, czego możemy się po jego kolejnej wizycie spodziewać? Po części to prawda, chwilowo opuszczam gardę. Niestety, większość zjawiska określanego euforycznie „magią Nintendo” jest poszanowaniem i kontynuowaniem ustalonej dawno temu tradycji. Z gracją, jakiej Activision, EA czy Ubisoft nie zrozumie nigdy, nawet gdyby przeskoczyli całkowicie na scenę niezależną po przypadkowym otarciu się o bankructwo. I której przeniesienie na linijki kodu potrafi wzruszyć. Im częściej bowiem wracasz do ich serii, tym głębiej wpadasz w potrzask bez wyjścia.

The Legend of Zelda: Majora's Mask

Królestwo Hyrule chyba nawet lubuje się w tego typu wyzwaniach – jak zrobić coś znajomego na każdym kroku, żeby zachowało wyjątkową atmosferę. Mój ulubiony przykład to Majora’s Mask oczywiście. Wystarczy zagrać w Ocarinę i Majorę ciągiem, by zauważyć pośpiech, jaki towarzyszył twórcom – użyli tych samych przeciwników, modeli NPC, tekstur, większości przedmiotów, melodii na okarynie. Ale dodali trzydniowy limit czasowy, a całość podkreślili przybijającą, fatalistyczną atmosferą, nad którą góruje demoniczny księżyc. Majora’s Mask to zaskakująco głęboki tytuł. Powstały rewelacyjne interpretacje, porównujące grę do procesu godzenia się ze śmiercią ukochanej osoby. Po co zatem wypominać recykling obiektów z Ocarina of Time?

Podejrzanych bliźniaków było jeszcze więcej na kartach historii serii. Duet Oracle of Ages i Oracle of Seasons na Game Boyu Colorze idzie szlakiem Pokemonów, proponując dwie identyczne na pierwszy rzut oka gry. W przeciwieństwie jednak do szajki Pikachu, dopiero zaliczenie obu pozycji daje pełny obraz całości, bo dopiero wtedy staniemy do walki z prawdziwym głównym bossem dylogii. Phantom Hourglass na DS-a okradł Wind Wakera z oprawy graficznej, łotrzykowskiego klimatu i motywu żeglowania. To w końcu bezpośredni sequel, stąpający po niebezpiecznie podobnym gruncie. A jednak zmiana konsoli wymusiła roszady w gameplayu. Wystarczające, by nikt nie kiwnął palcem, a świat krzyknął: „mamy nową Zeldę!”.

Nie wyliczam tego, żeby umniejszyć legendzie Legendy. To raczej dowód jej siły. Nieokreślony pierwiastek sprawia, że każda powtórka smakuje tutaj nieco lepiej. Świadome autocytaty z A Link to the Past w A Link Between Worlds, grze, która jest jedną z najlepszych produkcji na 3DS-ie, udowadniają jeszcze jedno. Jeżeli stworzysz coś fantastycznego, świat sam poprosi o kalkę. Daj mu tylko kilka lat.

The Legend of Zelda: The Wind Waker

Ale tę tendencję zauważamy także gdzie indziej, wystarczy przypomnieć sobie reakcje po ogłoszeniu remake’u Final Fantasy VII. Że później było i jest z nimi coraz gorzej – to zupełnie inna kwestia. Warto jednak zobaczyć kompilację reakcji na show Sony z zeszłorocznego E3. Zobaczycie tam szczery płacz na sam dźwięk nostalgicznej nuty.

The Legend of Zelda, w przeciwieństwie do wielu nieumarłych, niczego nie knoci po drodze. Od lat proponuje podobną mechanikę, powraca do starszych tytułów, kreśli mapy nawiązań, by wprowadzać nadal w zachwyt. Pamiętacie reklamę z Robinem Williamsem i jego córką Zeldą? Są już pokolenia wychowane na tej serii, to oczywiste. Odgrzewanie starszych tytułów w niepojętej jak na Nintendo skali służy najpewniej wychowywaniu następnych. I zauważcie, że Ocarina czy Majora są na wskroś archaicznymi tytułami, lecz świeżakom w ogóle to nie przeszkadza. Rację mieli recenzenci osiemnaście lat temu twierdząc, że Okaryna Czasu jest wyjątkowa. Ciekawe, czy spodziewali się, że będzie nieśmiertelna?

Takie urodziny, więc pozwolę sobie na wspomnienie. Nie jestem fanem od tak dawna, jak mógłbym i obecnie chciał. Sytuacja Nintendo w Polsce za czasów N64 była fatalna, a to wtedy formował się mój kręgosłup gracza. Zaległości zacząłem nadrabiać wiele lat później. Istnieje w Sieci teoria, że pierwsza prawdziwa Zelda, którą ograsz od początku do końca, będzie twoją ulubioną. I wiecie co? To chyba prawda. Choć kilka pierwszych godzin z Majorą sprawiło mieszane wrażenie, gdy oglądałem napisy końcowe, nie miałem już wątpliwości. Była to jedna z najważniejszych gier mojego życia. Nawet jeśli ograna tak bardzo po czasie.

Midna

Trzydzieści świeczek ze skaczącymi ognikami. Tort z lukrową Eponą. Wełniany sweterek z napisem „It’s dangerous to go alone”. Kameralnie, ale sielsko. Pozostaje tylko czekać na solenizanta. Serio, Nintendo, co się dzieje? Czy chcecie pożegnać Wii U jako jedyną konsolę, która nie otrzymała własnej Zeldy? Amerykańska rocznica wypada w sierpniu. Nie zawalcie tego, proszę.

  1. saptis
    13:22 26.02.2016
    saptis

    The Legend Of Zelda to jedna z moich ulubionych serii gier – odkrylem ja dosyc pozno bo dopiero wraz z premiera jej pierwszej trojwymiarowej czesci czyli Ocarina Of Time – gre ukonczylem lata temu na Nintendo 64 i po raz kolejny w zeszym roku na Nintendo 3DS. Na Wii U ogralem juz rowniez remaster kapitalnego Wind Waker, ktorego kiedys ukonczylem troche po premierze na GameCube.

    Na swoja kolej czeka jeszcze kilka czesci tej z serii, ktore od jakiegos czasu mam w kolekcji – zaczynajac od wersji na konsole GameBoy Color – Oracle Of Seasons, przez GBA z Minish cap przez NDS z Phantom Hourglass i Spirit Tracks az po 3DS z A Link Between The Worlds i Majora’s Mask, wiec jesli Linka chodzi to przed nim jeszcze wiele przygod.

    Co do tej nowej, nadchodzacej to nie zdziwie sie jesli nie ukaze sie na Wii U i przeskoczy na NX albo po prostu bedzie cross-genem jak swego czasu Twilight Princess.
    Premiera gry jest wciaz odwlekana i to nie bez powodu, jesli faktycznie ukaze sie jako cross-gen to mysle, ze wybiore wersje na nowa konsole.

  2. Kurasiu
    14:10 26.02.2016
    Kurasiu

    Jej, pamiętam jak pierwszy raz zagrałem w LInk’s Awakening na starusieńkim GameBoy’u, która była moją pierwsza Zeldą w ogóle. Otwarty świat (a przynajmniej tak mi się wtedy zdawało, no co, dziecięm tylko byłem :P), sporo rzeczy do zrobienia, 8 lochów, zabijanie potworków mieczykiem i zbieranie z uporem maniaka tych 900+ Rupii na łuk – niesamowite przeżycia. Co z tego, że gra była po niemiecku i rozumiałem tylko wybrane słowa, a fabułę udało mi się popychać do przodu bardziej przez losowe pojawienie się w odpowiednim miejscu o odpowiedniej porze (tudzież pogadanie z odpowiednim typem) – była przygoda, były niesamowite przeżycia, to się liczyło! Podobne zresztą jak kilka lat później, gdzieś w początkach lat 2000, kiedy to hucznie wydano spolszczoną Ocarinę of Time. Ciągnąłem ją na modemie, prędkość mizerna, coś w granicach 2,5 KB/s (pozdro Telekomunikacja Polska), ściągał to to całą sobotę (nie przesadzam, serio chyba z 9 godzin to pobierał) – ale w końcu trafiło na mój twardy dysk, a niesamowite wrażenia i fantastyczna przygoda powróciły. A co było później? Windwaker, Oracle of Seasons/Ages, Minish Cap, Twilight Princess, Majora’s Mask…

    I co zmieniło się teraz? Minęła kupa czasu, ludzie się zestarzeli, doszła praca, podatki, ZUSy i smutna rzeczywistość, ale co tam – seria TLoZ nadal pozostaje bliska memu sercu, kiedy to teraz w wolnym czasie sobie ogarniam Majora’s Mask 3D (niesamowite uczucie grać w jedną z najfajniejszych części serii ze stabilnymi FPSami i o wiele lepszym interfejsem, jak i sterowaniem – z całym szacunkiem dla pada N64, naturalnie :). I na dodatek to wszystko w mej kieszeni!).

    Wszystkiego najlepszego Zelduchno, – nic, tylko życzyć kolejnych latek na karku, keep being awesome!

  3. 15:21 26.02.2016
    sadiker

    Ile można grać w to samo? Sprzedaż Splatoon jest dowodem, że gracze chcą czegoś nowego.

    Ukryj odpowiedzi()
  4. Kazior6
    15:26 26.02.2016
    Kazior6

    Ja własnie miesiac temu kupilem moja pierwsza konsole nintendo(3ds XL) wiec to moja pierwsza stycznosc z tego typu grami, polecacie moze jakies naprawde mocne tytuly tej Zeldy na przyklad? ;p

    Ukryj odpowiedzi()
    • Johnak
      17:27 26.02.2016
      Johnak

      Na 3DSa masz remake’i „Ocarina of Time” oraz „Majora’s Mask” ; ponadto świetnie oceniona została „A Link between Worlds”

    • Kazior6
      00:08 27.02.2016
      Kazior6

      Grałeś we wszystkie?
      Która według ciebie najlepsza?

    • Johnak
      09:48 27.02.2016
      Johnak

      We wszystkie części Zeldy ever- niestety nie 😀
      Ciężko powiedzieć która najlepsza, bo to właśnie tak jest: wszystkie generalnie są do siebie podobne, a jednak inne; nie radziłbym zaczynać od Majora’s Mask, gdyż zegar u dołu ekranu odmierzający czas do Game Over i związane z tym mechaniki mogą trochę namieszać w głowie, zwłaszcza osobom mającym po raz pierwszy styczność z tą serią.
      Na początek polecałbym chyba Ocarina of Time jako najwyżej ocenianą grę w historii i relatywnie przystępną dla nowych graczy 🙂

  5. 23:59 27.02.2016
    lecho

    LoZ to w gruncie rzeczy permanentny remaster wszechczasów. Gdyby w tym tonie (dbanie o tradycję, kluczowe elementy serii, subtelne nawiązania itp.) napisać artykuł np. o Assassin’s Creedzie, od razu odezwałyby się nożyce, że to odcinanie kuponów. A w przypadku Zeldy graczom dziwnie nie przeszkadza, że nawet bohaterowie są w gruncie rzeczy tacy sami. Czyżby magia nieregularnego cyklu wydawniczego?

  6. 12:11 28.02.2016
    aux

    Zelda? Uwielbiam przygody Linka! To moja ulubiona seria. Za najlepsze odsłony uważam Wind Waker, Twilight Princess i Minish Cap. Bardzo mi się podoba ten artykuł, bo nie jest pisany na kolanach. No niestety, Nintendo kilka lat temu straciło swój power. Dotyczy to niestety wielu największych firm, np. gdzie są nowe gry Rockstara? Albo Capcom który w nieskończoność wyciska RE4, zamiast zaproponować coś nowego. Patrzę z tęsknotą na Nintendo sprzed lat, potęgę która dostarczała całej masy świetnych gier i która potrafiła celebrować rocznice swoich hiciorów. Mam nadzieję że nadejdą lepsze czasy. Ciekawe czym będzie NX i czy zgodnie z plotkami zobaczymy go już w tym roku. A na nową stacjonarną Zeldę czekam najbardziej ze wszystkich konsolowych zapowiedzi na 2016 i dalej. Aha, i muszę zagrać w stare Zeldy na Pegasusie. W czasach jego świetności nie dało się na nim grać w Zeldy. Przeglądałem niedawno kartridże do Pegasusa i zauważyłem że one wciąż są produkowane. Głównie bardzo fajne składanki z najlepszymi hitami. A wśród nich Finale i Zeldy z bateryjką na sejwa. Szkoda że Zelda ominęła Pegasusa w latach 90tych. Byłaba dzisiaj bardziej znana.