I to dzięki niej przeżyjecie sporo najciekawszych momentów dzieła Tango Gameworks. Na Sebastiana czekają chociażby: kilka mało sentymentalnych powrotów do szpitala psychiatrycznego Beacon (tęskniliście za czarnymi pasami na górze i dołu ekranu?), przypadkowe spotkania z bossami, w które wmieszać się mogą nawet podstawowi przeciwnicy, sporo iście halloweenowych opowiastek o duchach i cała walizka kontekstowego tałatajstwa, jak notatki czy audiologi (ble). A że przy wszystkim spoczywa trochę zielonego żelu, wymaganego do ulepszania wątłego protagonisty, łączymy przyjemne z pożytecznym. Lubię, gdy pod koniec takiej pozycji, gdzie mogę sam decydować o przeznaczeniu punktów doświadczenia, czuję sporą różnicę. Tak jest w The Evil Within 2. Na ostatnią fortecę maszerowałem niczym Schwarzenegger w złotym okresie kariery filmowej. Zaoszczędziłem sobie sporo frustracji, bo finał, choć spektakularny (jeszcze bardziej dla obeznanych z "jedynką"), łatwy nie jest.Rozumiem jednak odbiorcę, któremu w tym momencie zapala się czerwona lampka. To, co dla jednych będzie odświeżeniem nieco skostniałego gatunku, drugim może wydać się niepotrzebnym dodatkiem. Nie bez powodu świat szybko zapomniał o wcześniejszych horrorach z otwartymi lokacjami, jak Silent Hill: Downpour. Wolność wyboru okupiona jest brakiem napięcia. Liczba dziwnych bugów i błędów rośnie z każdym dłuższym spacerem. A powtarzanie misji pobocznej tylko dlatego, że zupełnie przypadkowo do walki ze szkaradłami dołącza wielki boss, nie ma w sobie nic przyjemnego. Zwłaszcza przy tak długich loadingach, jakimi Evil Within 2 straszy w wersji konsolowej. Skoro narzekam - większa różnorodność podstawowych przeciwników również by nie zabolała. Po dziesięciu godzinach zbierało mi się już na wymioty od kolejnych wariantów tak samo zachowujących się nieumarłych.Przy analizie całej przygody zauważam też, że fakt zadań pobocznych kręci najsilniej podczas pierwszej połowy zabawy. Zanim znamy ich rodzaje i oznaczenia odbieranych przez radyjko sygnałów. Im dalej w las, tym mniejsza chęć. Szczególnie gdy scenariusz zmusi nas do powrotu do znanej na wylot lokacji w nieco innej "kolorystyce". Gracz, który nie będzie na siłę ciągnął rozgrywki, gdy ta mu się przeje, może najpierw zbyt wiele czasu spędzić na luźnych spacerkach, a potem odpuścić podróż na kilka godzin przed ostatnim aktem.W kwestii wizualno-dźwiękowej jest po prostu porządnie. Union, czyli ten cały nowy wirtualny świat, potrafi ucieszyć oko. Najlepiej wypadają dłuższe wizyty w lokalach szajbniętego artysty, bo nasuwają skojarzenia z Cichym Wzgórzem oraz miasteczkiem Twin Peaks, albo zdecydowanie zbyt rzadkie motywy z białym "czymś" zalewającym otaczające nas ściany. Otwarte przestrzenie, na szczęście, nie odbiegają jakością od sekwencji ukartowanych przez twórców. Całość za to czasem porządnie chrupnie, przynajmniej na podstawowym PlayStation 4 (jeśli wierzyć sieci, to najlepiej zoptymalizowana wersja gry). Ścieżka dźwiękowa Masatoshiego Yanagiego od czasu do czasu przebije się do uszu mniej oklepanym w gatunku pomysłem. Żaden to jednak temat na większą analizę."Dobre" - to idealny przymiotnik dla The Evil Within 2. Co w przypadku tak pokręconej mieszaniny uważam za sukces. Czy nagle przewartościuje Wasze listy najlepszych pozycji roku? Wątpię. Czy może zapewnić kilka przyjemnych wieczorów? Zdecydowanie może. Chociaż moim zdaniem powinno trafić na celownik dopiero po ogarnięciu siódmego Residenta (zwłaszcza w obliczu nadchodzących wielkimi krokami dodatków), a w przypadku fanów gatunku lubiących się z "symulatorami spacerowicza" - również po Outlaście 2. To wszak jedyny udany horror "nie-FPP" obecnych czasów.