PlayStation VR przy mechanizmach rozgrywki obficie korzysta też z samego ruszania głową, co jest jak najbardziej na plus. W taki sposób poruszamy się w Rigsach, gramy w Ponga czy sadzimy gole do bramek w arcade'owym Headmasters polegającym na... no, sadzeniu goli do bramek. Sony punktuje też VR-ową edycją Playrooma, która daje coś, czego nie ma konkurencja - kanapowy multiplayer. Dla przykładu w jednej minigrze osoba z VR-em wychyla głowę, by jako kot przyłapać mysz zbierającą ser, w czasie gdy gracz bez gogli steruje tą myszą za pomocą pada. W innej osoby nie będące w wirtualnej rzeczywistości tłumaczą VR-owcowi na czas, kogo jako westernowy szeryf ma zestrzelić - gość w kapeluszu, z zielonym wąsem i plastrem na brodzie! Gość w czapce z kotwicą, ale bez okularów! I tak dalej...Sprowadza się to do tego, że gogle wyświetlają inny obraz niż ten, który pokazywany jest na telewizorze. Stworzone w ramach tej opcji minigry oferują zarówno współpracę, jak i rywalizację między graczami. Do tego nawet jak odpala się singlowe tytuły, zawsze wyświetlane są one na telewizorze tak, jakbyśmy grali w nie bez gogli. Takimi pomysłami Sony sprawia, że wirtualna rzeczywistość przestaje być samotnym przeżyciem, a staje się dobrym pomysłem na imprezę, zabawę z dziećmi czy nawet wspólną posiadówę ze znajomym. Dodatkowo większość tytułów startowych jest spolszczona, i to z dubbingiem, który potrafi nieźle brzmieć. Na przykład w takim London: Heist, gdzie bohaterowie nie boją się rzucać mięsem na prawo i lewo, brzmiąc przy tym całkiem wiarygodnie.Na start mamy zatem drobnicę, ale przynajmniej jest to drobnica ciekawa, która zrobi pewne wrażenie i zostanie w głowie. Łatwo jednak szybko się znudzić. Jeszcze nigdy - ani przy PlayStation, ani Rifcie czy HTC - nie miałem myśli w stylu "ale bym sobie pograł w VR!". Jasne, jest to niezwykle ciekawe doświadczenie, ale takie, któremu szybko brakuje prawdziwej esencji, gier, do których można by wzdychać. Należy też pamiętać, że wszystko kosztuje - ja jestem cwaniak, bo dostałem paręnaście tytułów w ramach recenzji, ale jak teraz patrzę na sklep: VR-owy Batman na dwie godzinki za 79 złotych, VR Worlds za 169 złotych, Rush of Blood za 79 złotych, Rigsy za 249 złotych… To nie są małe pieniądze za gry, które teoretycznie całkiem szybko się zużyją. A w paczce z goglami znajdujemy tylko płytę z demami.A czego nie znajdujemy w paczce? Na przykład PlayStation Camera od PS4, która do wirtualnej rzeczywistości jest niezbędna. Do ceny 1769 złotych za gogle należy zatem dodać 239 złotych na kamerę. I z 2-3 stówy za Move'y, które konieczne nie są, ale znacząco poprawiają frajdę. Jednak nawet z tymi dodatkowymi akcesorami i perspektywą kupienia konsoli cały koszt zabawy w wirtualną rzeczywistość wynosi nieco ponad 3 tysiące złotych, w czasie gdy u konkurencji same gogle potrafią kosztować więcej. A kiedy do tego doliczyć kompa za kolejne cztery tysiące...Tak jak mówiłem na początku - PlayStation VR oferuje najlepszy stosunek ceny do jakości. Pod względem wygody noszenia i instalacji (banalnie prosta, trwa z 10-15 minut) to zresztą najlepsza dostępna opcja. I to ta przystępność jest siłą Sony. Z trójcy Rift-Vive-PlayStation może to i PS VR jest najgorszy, ale to wcale nie oznacza, że jest zły. Wręcz przeciwnie.