SoulCalibur VI recenzja. Legenda rodzi się na nowo

Strona głównaSoulCalibur VI recenzja. Legenda rodzi się na nowo
17.10.2018 12:02
SoulCalibur VI recenzja. Legenda rodzi się na nowo
Bartosz Stodolny
Bartosz Stodolny

W roli jej chrzestnego - Geralt z Rivii.

Mówili nam, że legenda nie umrze, ale można było zwątpić. Czasy hurtowej produkcji bijatyk minęły już dawno, a na obecnej - niemłodej już przecież - generacji konsol SoulCalibura jeszcze nie było. Od poprzedniej pełnoprawnej odsłony minęło ponad 6,5 roku. Sześć lat do premiery... "szóstki". Której w tytule w zasadzie mogłoby nie być. Jeśli ktoś obraził się na serię z powodu forsowania nowinek i świeżaków w obsadzie, to mam dobre wiadomości.

Platformy: PC, PS4, Xbox One

Producent: Bandai Namco

Wydawca: Bandai Namco

Dystrybutor w Polsce: Cenega

Data premiery: 19.10.2018

Wersja PL: Nie

Wymagania sprzętowe: 64-bitowy Windows 7 - 10, Intel Core i3-4160 @3,6 GHz, 6 GB RAM, Geforce GTX 1050

Grę do recenzji dostarczył dystrybutor. Graliśmy na PS4. Zdjęcia pochodzą od redakcji.

Po zapowiedzi gry nie ominęły mnie hasła powrotu do korzeni, ale fakt, że SoulCalibur VI jest w zasadzie rebootem serii i tak był dla mnie sporym zaskoczeniem. Dodam, że bardzo pozytywnym. Z bijatykami mam trochę tak, że niby chcę czegoś nowego, ale najlepiej, by większość została po staremu. Tekken 7 znalazł tę równowagę, choć braku Leia w podstawce nie wybaczę.SoulCalibur VI też znalazł złoty środek. Sprawa indywidualna, ale ja nie widzę braków w panteonie gwiazd. Jeśli miałbym coś zmieniać, to pozbyłbym się tylko Inferno. To szkaradny, zgrany boss, za którym trudno byłoby ronić łzy. Jego występ ratuje tylko to, że naprawdę efektownie pierze mu się tyłek pod koniec trybu fabularnego. Efekciarstwo to znak firmowy serii, ale tu wchodzi na zupełnie nowy poziom. Oczywiście w ramach wyjątku, puentującego jedną z wielu, wielu przygód, jakie czekają w grze na jednego gracza.Jest ich tyle, że na początku... w zasadzie nie wiadomo co ugryźć. Kilka dłuższych chwil zastanawiałem się czy przetestować Geralta w trybie Arcade, rozegrać tryb fabularny (główna kampania, plus kampanie dla każdego z bohaterów) czy stworzyć własnego wojownika od podstaw i rzucić się w ocean przygód trybu Libra of Soul.

Ten rozrósł się tu w wielogodzinną kampanię z pseudo-erpegowym sznytem, w której nigdy nie zabraknie mniej lub bardziej ważkiej misji do wykonania. Byle tylko zgarnąć trochę kasy na lepsze uzbrojenie. To pozwoli wykonać następne zadania, ulepszyć sklepy, by zaczęły sprzedawać ciekawszą broń, lepsze jedzenie czy fikuśniejsze przedmioty. Wielkiej filozofii tu nie ma i często będziecie się uśmiechać na widok napotkanego oprycha w okularach i zielonej czapce, który wcale-a-wcale nie jest klonem wcześniejszego oprycha z brodą i bez czapki. Jako niewyczerpalna kopalnia pretekstów do "jeszcze jednej rundki" spisuje się znakomicie, od czasu do czasu modyfikując oczywiście zasady na jakich rozegra się pojedynek i fundując wyjątkowo interesujące starcie. SoulCalibur VI może sobie być fabularnym rebootem serii, do czasów, gdy Mitsurugi wciąż miał mleko pod nosem, ale takiego trybu zabraknąć nie mogło.Gdybyśmy mówili o innym gatunku, fabularny "powrót do korzeni" mógłby się nie sprawdzić. Jeśli zacznę nad tym zbyt długo myśleć, to sam też pewnie stwierdzę, że chętnie usłyszałbym już coś ciekawszego niż n-ta wersja opowieści o potężnym orężu obłożonym klątwą. Ale jeśli taka jest cena za powrót całej plejady moich ulubionych postaci, to wolę wzruszyć ramionami. Tylko tego Inferno jakoś podmienić.Zresztą... Jak ktoś chce sobie poczytać, to za rozmaite wyzwania odblokuje w grze tyle fabularnego tła, ciekawostek, artworków, modeli czy tekstów, że w mig będzie gotowy do egzaminu z historii SoulCalibura i Soul Blade'a. Tryb Museum zdecydowanie zasługuje tu na swoją nazwę. A liczba nieodkrytych fantów jest kolejnym motywatorem, by grać i grać, i jeszcze trochę pograć.W bijatykach prawdziwe opowieści pisze się na arenach, a SoulCalibur VI dostarcza ku temu narzędzia dobrze znane, ale za to najwyższej próby. Od początku przemycam wam tu myśl, że mówimy o nowym otwarciu serii (oby!), a nie mocnym ciosie po sześciu latach przerwy. Kto grał, w mig poczuje się tu jak w domu. Pamięć mięśniowa podpowiada kombinacje, gdy tylko narrator do wtóru orkiestry zaprosi przeciwników na arenę. Ważne jest jednak to, że choć większość kombinacji moich ulubieńców (kopę lat, Kilik!) dość szybko zaczęła "siadać", to obyło się bez momentów deja vu.Może to te sześć lat. Może nowe sztuczki starych lisów. Lub nowe postacie, choć osobiście jestem fanem raczej zwinnego oręża, więc najbardziej polubiłem się z takim jednym z Rivii. A może to po prostukapitalna oprawa w jakiś sposób zachwycająca efekciarstwem, ale sprawiająca, że gra jest czytelna jak nigdy, jeśli wie się na co patrzeć. Tekken 7 na PS4 Pro wciąż denerwuje mnie ziarnem wrzucanym na ekran. Obraz w SoulCaliburze ostrością zawstydza katanę Mitsurugiego. Nie mam siebie za gracza przywiązującego szczególną wagę do oprawy graficznej, ale są gry, które mi "robią". I to jest jedna z nich, mimo kilku zaniżających poziom reszty plansz czy pojawiających się czasem problemów z tym, by ręka postaci faktycznie obejmowała oręż a nie powietrze obok niego. Można złapać śmiesznego screena, ale przy skali serwowanego widowiska to pikuś.Założyłem sobie, że trudno będzie o czytelnika, który nie miał styczności z serią. Ale trudno nie znaczy, że jest to niemożliwe. A wspomniane wyżej widowisko to dobry punkt wyjścia do próby zainteresowania grą zielonych w temacie. Bo owszem - nie trzeba wcale wiele czasu, by balet ostrzy, pałek, kijów, toporów i czego tam jeszcze prezentowany na zwiastunach stał się również ich udziałem.Podstawy są proste jak konstrukcja... czegoś, co skonstruuje się cięciem poziomym, pionowym i kopniakiem. To jasny i dość spójny system, w którym kolejny cios combosa zwykle jest logiczną kontynuacją poprzedniego. SoulCalibura uczyło mi się przyjemniej niż Tekkena. Sporo zależy od postaci, ale gdy u konkurencji uczę się combosów Hwoaranga na pamięć, bo nie mam czasu patrzeć na to, którą nogę ma bliżej ekranu, tu często ułamek sekundy starcza na logiczne rozwiązanie sytuacji. Na moim poziomie zabawy, to często wystarczy - gram tylko dla frajdy i żadne osiągnięcia mi w tym temacie nie grożą. W moim odczuciu SoulCalibur VI jest prześlicznie zbalansowany - nie na tyle szybki, by Guard Impact ("zbicie" ciosu przeciwnika) czy świadome wyrywanie się z rzutów były dla mnie niedostępne. Ale też nie na tyle wolny, by... Nie no, o nudzie w kontekście SoulCaliburów można pisać tylko wyżywając się na projekcie Inferno.

Wiele małych rzeczy musiało się tu udać Bandai Namco znakomicie, skoro starzy znajomi z ekranu wyboru postaci są pełni wigoru i czasem, niby przypadkiem, pozwolą odkryć zupełnie nową sztuczkę. Nikt oczywiście nie zabrał trybu treningowego, listy komend, słowniczka terminów czy... W sumie to każdy bohater doczekał się tu mini-poradnika z krótkim opisem technik i strategii na początek. Mówiłem już, że autorzy naprawdę lubią pisać? Docenią to szczególnie nowicjusze, ale nie tylko.Mechaniką, która miała zdominować przekaz dotyczący SoulCalibura VI, jest Reversal Edge - soczyście wyglądająca wisienka na torcie nostalgii, odświeżania starego i niepsucia tego, co działa. Wygląda faktycznie smacznie, praktyczne zastosowanie i wpływ na metagrę trudno ocenić przed premierą, gdy na testowe serwery udało mi się wbić ledwie na kilka meczów. Z konsolą to nie to samo, bo Reversal Edge to w zasadzie zgadywanka. Skuteczne odpalenie ataku sprawia, że czas zwalnia, a obie postacie mogą wybrać jedną z kilku akcji. Szkoda miejsca na wypisywanie wszystkich możliwości - powiedzmy, że chodzi o kamień, papier i nożyczki z podstawowymi atakami w rolach głównych. I unikami. I możliwą dogrywką. I innymi niuansami, które mogą fajnie urozmaicić grę z innym graczem, zwłaszcza w przypadku częstych starć. Z konsolą psychologiczne gierki i próba czytania zamiarów oponenta większego sensu nie mają. Reversal Edge wydaje się nowinką bezpieczną. Funduje dramatyczne, piekielnie efektowne akcje pozwalając podejrzeć balet ostrzy w detalach, ale nie odczułem, by był czymś więcej niż zagraniem z gatunku "wysokie ryzyko - wysoka potencjalna nagroda". Na pewno będzie fajnie wyglądać na turniejach.

SoulCalibur to seria, w której często goszczą bohaterowie innych gier, filmów czy komiksów. Nie powiem, które mieszanie marketingu i wzajemnej promocji zirytowało mnie najbardziej, ale z ręką na medalionie mogę przyrzec, że Geralt to najmilej widziany gość w tym uniwersum. Pasuje tu, wszak na plecach nosi dwie przepustki do świata walki bronią białą. Korzysta zresztą z obu, choć srebrne ostrze pełni raczej funkcje pomocnicze, np. gdy trzeba wybić przeciwnika w powietrze. Znaki zachowały swoje funkcje, często będąc podstawą combosa. Obrywający atakiem z kategorii Critical Edge niemiluch będzie czekał na potężnego szlaga otumaniony przez Aksji. Blok nie poradzi sobie z płomieniami Igni, a Quen zapewni automatyczny Guard Impact. Oprócz wiedźmina do gry trafiła też plansza z Kaer Morhen w tle.Poza Geraltem mamy jeszcze dwóch absolutnych debiutantów. Ani Grøhowi, ani Azwelowi nie można omówić wszechstronności. Pierwszy potrafi rozdzielić swe podwójne ostrze, zwiększając swoją szybkość i mobilność. Coś dla graczy lubiących w pełni korzystać z przestrzeni jakie daje arena i karać przeciwników po błyskawicznym uniku. Azwel to z kolei absurdalnie potężny mag, który na pole walki przyzywa tony różnorakiego magicznego oręża służącego do ataku lub obrony. Myślę, że powinien znaleźć swoich fanów, choć ja akurat wolę wojowników innego typu.Czas na końcowe wyznanie. Myślałem, że SoulCalibura jako serię mam już za sobą. Z kolejnymi sequelami fascynacja pojedynkami na broń białą rozpalona przy okazji Soul Blade'a i pierwszego SC (moja jedyna oryginalna gra na Dreamcaście) malała. Autorzy grzebali tam, gdzie nie powinni, po arenach skakały karły z Gwiezdnych Wojen, a nowi bohaterowie rzadko przypadali mi do gustu. I wtedy wjechał on... SoulCalibur VI strasznie mnie kręci. Inne gry poszły w odstawkę nie tylko przez recenzencki obowiązek. Ma chyba wszystko, co przyciągnęło mnie do serii i jeszcze więcej. W oprawie godnej 2018 roku. Czekam na moment, aż "klikną" mi wszystkie dodatkowe mechaniki i niuanse rozgrywki, bo mam wielką ochotę dać sobie szansę online.Bardzo miły powrót dla fanów serii i przy okazji świetna okazja, by w ogóle zacząć z nią swoją przygodę. Na takie pierwsze randki polecam Geralta, z uwagi na jego wszechstronność, efektowność i przystępne mechaniki.

Maciej Kowalik

Udostępnij:
Komentarze (5)