Ten rozrósł się tu w wielogodzinną kampanię z pseudo-erpegowym sznytem, w której nigdy nie zabraknie mniej lub bardziej ważkiej misji do wykonania. Byle tylko zgarnąć trochę kasy na lepsze uzbrojenie. To pozwoli wykonać następne zadania, ulepszyć sklepy, by zaczęły sprzedawać ciekawszą broń, lepsze jedzenie czy fikuśniejsze przedmioty. Wielkiej filozofii tu nie ma i często będziecie się uśmiechać na widok napotkanego oprycha w okularach i zielonej czapce, który wcale-a-wcale nie jest klonem wcześniejszego oprycha z brodą i bez czapki. Jako niewyczerpalna kopalnia pretekstów do "jeszcze jednej rundki" spisuje się znakomicie, od czasu do czasu modyfikując oczywiście zasady na jakich rozegra się pojedynek i fundując wyjątkowo interesujące starcie. SoulCalibur VI może sobie być fabularnym rebootem serii, do czasów, gdy Mitsurugi wciąż miał mleko pod nosem, ale takiego trybu zabraknąć nie mogło.Gdybyśmy mówili o innym gatunku, fabularny "powrót do korzeni" mógłby się nie sprawdzić. Jeśli zacznę nad tym zbyt długo myśleć, to sam też pewnie stwierdzę, że chętnie usłyszałbym już coś ciekawszego niż n-ta wersja opowieści o potężnym orężu obłożonym klątwą. Ale jeśli taka jest cena za powrót całej plejady moich ulubionych postaci, to wolę wzruszyć ramionami. Tylko tego Inferno jakoś podmienić.Zresztą... Jak ktoś chce sobie poczytać, to za rozmaite wyzwania odblokuje w grze tyle fabularnego tła, ciekawostek, artworków, modeli czy tekstów, że w mig będzie gotowy do egzaminu z historii SoulCalibura i Soul Blade'a. Tryb Museum zdecydowanie zasługuje tu na swoją nazwę. A liczba nieodkrytych fantów jest kolejnym motywatorem, by grać i grać, i jeszcze trochę pograć.W bijatykach prawdziwe opowieści pisze się na arenach, a SoulCalibur VI dostarcza ku temu narzędzia dobrze znane, ale za to najwyższej próby. Od początku przemycam wam tu myśl, że mówimy o nowym otwarciu serii (oby!), a nie mocnym ciosie po sześciu latach przerwy. Kto grał, w mig poczuje się tu jak w domu. Pamięć mięśniowa podpowiada kombinacje, gdy tylko narrator do wtóru orkiestry zaprosi przeciwników na arenę. Ważne jest jednak to, że choć większość kombinacji moich ulubieńców (kopę lat, Kilik!) dość szybko zaczęła "siadać", to obyło się bez momentów deja vu.Może to te sześć lat. Może nowe sztuczki starych lisów. Lub nowe postacie, choć osobiście jestem fanem raczej zwinnego oręża, więc najbardziej polubiłem się z takim jednym z Rivii. A może to po prostukapitalna oprawa w jakiś sposób zachwycająca efekciarstwem, ale sprawiająca, że gra jest czytelna jak nigdy, jeśli wie się na co patrzeć. Tekken 7 na PS4 Pro wciąż denerwuje mnie ziarnem wrzucanym na ekran. Obraz w SoulCaliburze ostrością zawstydza katanę Mitsurugiego. Nie mam siebie za gracza przywiązującego szczególną wagę do oprawy graficznej, ale są gry, które mi "robią". I to jest jedna z nich, mimo kilku zaniżających poziom reszty plansz czy pojawiających się czasem problemów z tym, by ręka postaci faktycznie obejmowała oręż a nie powietrze obok niego. Można złapać śmiesznego screena, ale przy skali serwowanego widowiska to pikuś.Założyłem sobie, że trudno będzie o czytelnika, który nie miał styczności z serią. Ale trudno nie znaczy, że jest to niemożliwe. A wspomniane wyżej widowisko to dobry punkt wyjścia do próby zainteresowania grą zielonych w temacie. Bo owszem - nie trzeba wcale wiele czasu, by balet ostrzy, pałek, kijów, toporów i czego tam jeszcze prezentowany na zwiastunach stał się również ich udziałem.Podstawy są proste jak konstrukcja... czegoś, co skonstruuje się cięciem poziomym, pionowym i kopniakiem. To jasny i dość spójny system, w którym kolejny cios combosa zwykle jest logiczną kontynuacją poprzedniego. SoulCalibura uczyło mi się przyjemniej niż Tekkena. Sporo zależy od postaci, ale gdy u konkurencji uczę się combosów Hwoaranga na pamięć, bo nie mam czasu patrzeć na to, którą nogę ma bliżej ekranu, tu często ułamek sekundy starcza na logiczne rozwiązanie sytuacji. Na moim poziomie zabawy, to często wystarczy - gram tylko dla frajdy i żadne osiągnięcia mi w tym temacie nie grożą. W moim odczuciu SoulCalibur VI jest prześlicznie zbalansowany - nie na tyle szybki, by Guard Impact ("zbicie" ciosu przeciwnika) czy świadome wyrywanie się z rzutów były dla mnie niedostępne. Ale też nie na tyle wolny, by... Nie no, o nudzie w kontekście SoulCaliburów można pisać tylko wyżywając się na projekcie Inferno.