Rozważania NaGórze: Miraż memetycznego Miami

Rozważania NaGórze: Miraż memetycznego Miami
22.10.2016 09:00
Rozważania NaGórze: Miraż memetycznego Miami
Bartłomiej Nagórski
Bartłomiej Nagórski

Magiczne metamiasto mamiące media, marzycieli i maniakalnych morderców.

Niedługo minie czternaście lat od kiedy na konsolach pojawiło się Grand Theft Auto: Vice City i okrągła dekada od premiery Vice City Stories (odpowiednio październik 2002 i 2006). Tytułowe miasto grzechu to oczywiście growe alter ego Miami, z dokładnością do charakterystycznej topografii oraz umiejscowienia dzielnic ubogich imigrantów, Little Havana i Little Haiti. Oraz oczywiście dziewczynami w bikini na wrotkach, bo to w końcu lata osiemdziesiąte!

Miami Vice Season 2 Opening - side by side comparison in GTA V (PC)

Zapewne niektórzy z Was pamiętają jeszcze jak w tejże dekadzie do Polski zawitał serial “Miami Vice”. Kiedy w czasach schyłkowego PeeReLu na ekranach telewizorów pojawiały się palmy, flamingi i fale Atlantyku prute motorówką do wtóru charakterystycznej muzyki z syntezatorów, był to powiew luksusu i wielkiego świata. Słoneczne Miami wydawało się nam wtedy uosobieniem kapitalistycznego raju: olbrzymie plaże, smukłe jachty, drogie samochody i atrakcyjne dziewczęta w skąpych strojach. Być może dlatego w kolejnej dekadzie z takim entuzjazmem rzuciliśmy się na głębokie wody wolnego rynku - bo wydawało nam się że to wszystko jest w zasięgu ręki?

Jak to często w życiu bywa, prawda o Miami jest jednak znacznie bardziej prozaiczna: jest tam gorąco, duszno i wilgotno (klimat tropikalny monsunowy), a jednocześnie bardzo drogo i bardzo biednie, bo rozwarstwienie społeczne jest ogromne. Nieruchomości kosztują więcej niż w innych miastach, za to pensje są znacznie niższe niż średnia krajowa,. Jedna na cztery osoby żyje w nędzy, za to zarobki górnego 1% sięgają milionów dolarów rocznie. Co za tym idzie jest tam bardzo niebezpiecznie, bo wielkie rozwarstwienie plus łatwy dostęp do broni palnej daje w rezultacie olbrzymią przestępczość. W 2016 roku popularny amerykański portal 24/7 Wall Street umieścił Miami na szczycie listy najgorszych miast do życia w Stanach Zjednoczonych, wyżej nawet niż skądinąd okropne pod każdym względem Detroit.

326802664011028522

Cenzus z 2010 roku przynosi informację, że około 70% populacji Miami stanowią Latynosi, z tego prawie połowę diaspora kubańska, składająca się z uciekinierów z pobliskiej komunistycznej Kuby. Pozostałe dominujące mniejszości to Afroamerykanie (ok. 20%) i biali (ok. 10%). Pamiętacie jeszcze wspomniane na początku dzielnice Little Havana i Little Haiti w Vice City? Ich umiejscowienie na mapie gry w przybliżeniu odpowiada lokalizacji odpowiadających im pierwowzorów w prawdziwym świecie, zresztą tak samo się nazywających. Nic dziwnego że w grze są one matecznikiem latynoskich i czarnych gangów, skoro w rzeczywistości dzielnice te zamieszkuje głównie uboższa część społeczeństwa, w tym wielu nielegalnych imigrantów. Niestety, w Stanach Zjednoczonych ubóstwo jest mocno skorelowane z przynależnością etniczną (tutaj krótkie wytłumaczenie dlaczego, żeby nie dorabiać do tego rasistowskich tez), a status nielegalnego nie pomaga w w wydobyciu się z biedy. Alternatywą staje się wtedy zaciągnięcie do gangów i wejście w struktury mafijne.

Drogę taką pokazano w filmie “Scarface” z 1983 roku (polski tytuł “Człowiek z blizną”) z Alem Pacino w roli głównej.  Bohater, kubański uchodźca Antonio “Tony” Montana, dostaje zieloną kartę za pomoc w zabójstwie na zlecenie bogatego handlarza narkotykami, a potem wspina się na kolejne szczeble w branży narkotykowej, po trupach dochodząc do znacznej władzy i pieniędzy. Twórcy Vice City czerpali inspiracje z filmu: klub Malibu w grze przypomina klub Babylon, posiadłość Diaza - pałac Tony’ego (zerknijcie na ekrany monitoringu!), a końcowa misja jest nieomal kalką finału “Scarface”, z tym tylko że Tony Vercetti w odróżnieniu od swojego filmowego imienika wychodzi z niej cało. Ponadto uważni gracze mogą odnaleźć mieszkanie z piłą łańcuchową w zakrwawionej łazience, co nawiązuje do pewnej brutalnej sceny z “Człowieka z blizną”. Poza Vice City na podstawie filmu powstała też gra Scarface: The World Is Yours. Co prawda nie była tak udana jak dzieło firmy Rockstar, niemniej jest to kolejny tytuł z otwartym światem, w którym można pozwiedzać zakątki Miami.

326802664011225130

“Miami Vice” i “Scarface” pokazywały, że już trzydzieści lat temu miasto nie było przyjemnym miejscem do życia. Memetyczny miraż Miami wziął się stąd, że obrazy luksusowych samochodów, szybkich motorówek i skąpo odzianych dziewczyn przesłoniły nam mniej atrakcyjne elementy, jak ubóstwo, rasizm, narkomania i wyrastająca z nich przestępczość. W “Cocaine Cowboys”, filmie dokumentalnym o wojnie gangów w Miami w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, pada anegdota dotycząca “Miami Vice”. Otóż dzielnica South Beach (w Vice City odpowiada jej Ocean Beach), gdzie powstała większość serialu, podobnie jak całe miasto podupadła w epoce reganomiki do tego stopnia, że aby nakręcić wiele scen ekipa filmowa musiała odnawiać nieużywane pustostany. Wychodziło im to taniej niż budować czy wynajmować plan. Odmalowywali zatem kolejne budynki, zaś zyskiem dla lokalnej społeczności było pozostawienie ich w odświeżonym stanie po ukończeniu filmowania.

Swoją drogą to właśnie “Cocaine Cowboys” zainspirowało Jonatan Söderströma, w branży growej bardziej znanego jako Cactus. Twórca Hotline Miami powiedział w wywiadzie że to ten dokument odpowiada za wybór miejsca akcji i słynną brutalność tego tytułu (a zapewne także tripową atmosferę, kojarzącą się z nadużyciem środków psychoaktywnych). Mój ulubiony fragment to wspomnienie o tym jak ksiądz podczas kazania grzmiał przeciwko narkotykom, co przerwała paczka kokainy która wpadła przez dach. Nie był to cud, po prostu pilot przerzucający transport narkotyków pomylił drogę, zobaczył helikoptery policji i spanikował, zrzucając swój ładunek na łapu-capu...

Hotline Miami 2: Wrong Number - Dial Tone Trailer

Jak widać, przy wszystkich wadach naszego kraju, mieszkanie w Polsce ma ten plus, że pogoda jest bardziej znośna, szanse na bycie zastrzelonym znacznie mniejsze, a i nierówności społeczne, choć niemałe, nie osiągają tak kosmicznych poziomów jak w Miami. Zamiast wierzyć w popkulturowy konstrukt miasta bogactwa, słońca i hajlajfu, warto raczej zapamiętać Miami jako ostrzeżenie czym kończy się wiara w politykę skapywania. A jeśli kiedyś najdzie Was ochota by je odwiedzić, możecie zrobić to udając się na wycieczkę do wirtualnych światów Vice City i Scarface: widoczki tak samo ładne, ale taniej, chłodniej i bezpieczniej.

Bartłomiej Nagórski

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (10)