"Chwileczkę, przecież obie firmy wypuszczają to samo co rok".
Dla laika - tak. Dla czynnego użytkownika obu tytułów - i tak i nie. Z jednej strony deweloperzy ograniczają się do wprowadzania zmian w AI, fizyce piłki i okazjonalnego upgrade'u silnika, czyli zmian, które równie dobrze można by było dokonać poprzez update'y. Jednakowoż takie drobne zmiany wymagają uczenia się prowadzenia akcji i gry w defensywie od nowa. Przykładowo: w Fifie 14 nie zaobserwowałem prawie niczego nowego względem poprzedniczki oprócz poruszania się graczy po boisku. Jakby wsadzono 11 rzeźb z mydła i kazano im biegać. Nie mogłem poczuć ciężaru zawodników. W piętnastce poprawiono to, ale goalkeeperzy bardzo brawurowo odsuwali się od linii bramkowej, co wykorzystywano do strzelania kuriozalnych goli z połowy boiska (nie tylko, Fifa 15 była bardzo rozregulowana pod względem rozgrywki). Japończycy usprawniając formułę ciepło przyjętej odsłony 2015, rok później wydali po prostu ulepszoną poprzedniczkę.
Po co zmieniać, skoro jest niemal idealnie?
Prawdopodobnie nigdy nie było i nie będzie perfekcyjnie, bo też oba tytuły muszą nadążać nad oczekiwaniami graczy, także w kwestii wizualnej. FIFA ostatnimi czasy wprowadza nowe silniki fizyki, które po prostu trzeba skalibrować pod publikę. PES leczył rany po silnym ciosie od rywala 6 lat temu. Teraz Kanadyjczycy zaprosili Frostbite do swojej symulacji, ale co robi Konami? Po wytyczeniu własnej ścieżki szybkiej, arcade'owej wręcz rozgrywki dostajemy informację, że PES 17 będzie wolniejszy i wymagający bardziej statycznego "rozklepywania" piłki, zbliży się więc do konkurencji.
Trudno stanąć po jednej stronie barykady i zostać tam dłużej niż rok, skoro giganci chyba wymieniają się pomysłami. Patrząc na to teraz zupełnie nie rozumiem taktyki prowadzonej przez czerwonych. Nic tylko czekać do września i znowu stanąć przed dylematem: FIFA czy PES?