Mmmmmuzyka.
Naprawdę, to albo jeden z najdroższych soundtracków w historii kinematografii albo Ayer kupował licencje na wyprzedaży. Utwory z najwyższej półki w swoich gatunkach. Pojawia się nawet Bohemian Rhapsody (niestety w wykonaniu Panic! At The Disco, jednak Freddy raczej nie przewraca w grobie). Tyle tego dobrego, że można poczuć przesyt, bo też w niektórych przypadkach są doklejone na siłę. Tak jak...
Ostatnie 60 minut filmu.
Po ekspozycji postaci, komiksowych i z (jakąś tam) głębią pojawiają się pierwsze "poważne" sceny walki. Pierwszy zarzut: wygląd podstawowych przeciwników przypomina te plastikowe kostiumy potworków ze starych Power Rangers, tylko tutaj nie są plastikowe, a animowane. Główna antagonistka (no wiecie ten zły, który nie jest w Task Force X złożonym ze złych) do której miałem nadzieje z powodu ciekawej, choć nieco sztampowej, charakteryzacji zawodzi od pierwszego słowa, które wypowiedziała. Jakby w tym "przełamaniu" nagle ktoś stwierdził: "No takie śmieszkowe postacie, czyli jednak kręcimy coś Marvela." Może nie byłoby to tak rażące, ale widz musi spędzać z nią prawie każdą scenę w drugiej połowie. Oprócz pokrzepiającej, według niektórych za długiej, części w barze (która notabene była kontynuacją przedstawienia postaci).
Plusy filmu, które odpowiadają mojemu tokowi myślenia znajdziecie na pierwszej lepszej recenzji, chociaż jeśli ktoś by się mnie zapytał co uważam za najjaśniejszą gwiazdę w Suicide Squad, to oprócz audio, będzie to na czym jest oparty cały film - postacie i relacje między nimi. Dzięki temu ogólny odbiór po ochłonięciu od końcówki był pozytywny.
Aha. Jedna z ciekawszych postaci której nikt nie kojarzy została olana w "szczęśliwym zakończeniu". Brawo.