„O, jaka fajna bajka dla dzieci” - Czerwony Żółw

Strona główna„O, jaka fajna bajka dla dzieci” - Czerwony Żółw
05.07.2017 19:51
„O, jaka fajna bajka dla dzieci” - Czerwony Żółw
Freszu
Freszu

Od Królewny Śnieżki, przez Toy Story i Shreka, aż do nadchodzącego Coco – za sprawą bardzo popularnych tworów Disneya i Dreamworks przywykłem do animacji, które są medium dla młodszych odbiorców. Dlatego obecność nominowanego do Oscara „Czerwonego Żółwia” w polskich kinach (nawet nielicznych) jest dla mnie zaskoczeniem, bo chociaż oglądałem „Koralinę i tajemnicze drzwi”, słyszałem o tegorocznym „Nazywam się Cukinia”, to myślę, że w całej Europie gatunek animacji dla dorosłych jest kojarzony głównie z Timem Burtonem lub – co gorsza – z „Sausage Party”. Francusko-japoński „La tortue rouge” różni się od wyżej wymienionych brakiem wylewających się z ekranu poważnych tematów, brudnej stylistyki czy wulgarności. Omawiany film to w zasadzie baśń i ma strukturę podobną do wiersza czy piosenki – z wierzchu jest całkiem uniwersalną opowieścią o jakimś rozbitku, na jakiejś wyspie, pośród jakichś wód. Osobliwie ubarwiony żółw, jako część naturalnej flory na tym lądzie, wydaje się przeszkadzać w każdej próbie ucieczki mężczyzny do cywilizacji. Tutaj zakończę ten marny wstęp, ponieważ zdradzenie ważnego zwrotu fabularnego może odebrać cenne chwile wprowadzania odbiorcy w stan zaintrygowania. I od razu mała dygresja – ku mojemu zaskoczeniu, znacząco spłycono aspekt przetrwania, a to z powodu skupienia akcji filmu na powodach dla których mężczyzna znalazł się na wyspie.

326793182719465514

Wewnątrz szybko dostrzega się tę syntezę i już po pierwszych minutach reżyser Michael Dudok de Wit (Oscar za krótkometrażową animację „Ojciec i córka” 2001 r.) przedstawia nam kolejne alegorie w odniesieniu do relacji natura – człowiek, chociaż nie zabrakło bardziej dosadnych komentarzy dotyczących np. procesu dorastania czy wrodzonego egoizmu protagonisty. Wszystkie fragmenty z osobna mogą być odbierane w sposób zależny od osoby, od jej przeżyć i wiedzy (np. związanej z usposobieniem zwierząt, ich symboliką w różnych kulturach).

Całość często wykracza poza ekran i jednocześnie bardzo angażuje – nie raz w zamyśleniu spuszczałem z niego wzrok, a w połowie filmu byłem aż nadto wyczulony na doszukiwanie się drugiego dna. Tak dla jasności, nie wszystko da się wyłapać za pierwszym razem, ale i tak w moim odczuciu minimalizm de Wita widoczny na pierwszy rzut oka w kresce Ghibli przekłada się także na treść fabuły i nie jesteśmy zalewani obrazkami do interpretacji w każdej scenie.

326793182719662122

Unikalny styl tego japońskiego studia wydaje się być stworzony do wplątania weń trójwymiarowe obiekty, a czasami tylko ilość klatek na sekundę animowanego obiektu umożliwiała mi rozróżnienie co jest czym (w kwestii przestrzenności, do teraz jestem pewny tylko rozbijającej się bambusowej tratwy i modelu tytułowego żółwia). Rozbitek jest samotny tylko przez część akcji filmu (względnie – obejrzycie to zrozumiecie) i nie ma w zwyczaju uosabiania piłek do siatkówki, ale nawet te chwile są pięknie podkreślane przez dalekie kadry, gdzie widzimy go na tle widowiskowych - w swojej oszczędności - planszach z panoramami wyspy. Chociaż, „widowiskowe” to jednak za duże określenie, ale pasujące do wizualnego całokształtu filmu słowo „eleganckie” w tym zdaniu wygląda koślawo.

Co naturalne, animację powinno dopełniać udźwiękowienie i tak też się dzieje w „Czerwonym Żółwiu”. Bohater ogranicza się do wielu wariantów wdechów i wydechów, chrząknięć, czy w porywach tego szaleństwa coś na kształt wykrzyknika „hej”. Muzykę można usłyszeć tylko, gdy jest to potrzebne, więc ta najczęściej wspiera silniejsze emocje (ich podstawowy wachlarz, czyli od radości po strach, choć „duchowych uniesień” z cudowną muzyką symfoniczną nie brakuje).

A skoro gdy już jesteśmy przy muzyce, polecam obejrzeć teledysk do utworu „Cocoon” zespołu Milky Chance, jako alternatywne spojrzenie na stosunek ludzi do środowiska.

Niestety, znalezienie seansu może być nie lada wyczynem. W stolicy, „Żółwia” można znaleźć przy dobrych wiatrach, w pięciu miejscach (m.in. Muranów, Luna, sam byłem w Kinotece), a inne kina studyjne w Polsce to już loteria. Swoją drogą, zaskoczyła mnie frekwencja na seansie, bo nie byłem jedynym widzem w czasie poniedziałkowych godzin roboczych, a nawet zajęto bez mała pół czterdziestoosobowej sali. Na szczęście (w nieszczęściu?), 23 czerwca to tylko premiera dla Polski i w maju tego roku ukazała się wersja online np. na Amazon Video (ok. 6 USD kosztuje wypożyczenie) oraz DVD i Blu-Ray, które jak na razie można kupić tylko na zagranicznych serwisach.

I jak dobrego utworu muzycznego, tak „Czerwonego Żółwia” mam zamiar posłuchać (może też popatrzę) jeszcze kilka razy, bo 80 minut naprawdę potrafi szybko przeminąć – pod koniec filmu byłem lekko zszokowany tym co zastałem nie tylko na ekranie, ale także w mojej głowie.

Info:

  • Reżyseria: Michael Dudok de Wit
  • Produkcja: Belgia, Francja, Japonia
  • Polska premiera: 23 czerwca 2017 (za sprawą projektu Scope 100 organizowanego przez Gutek Film)
  • Pierwsza projekcja: 18 maja 2016 na festiwalu w Cannes
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Udostępnij:
Wybrane dla Ciebie
Komentarze (0)