Problem mam też z przeciwnikami. Czy też raczej - ich ogólną różnorodnością. Jestem rozpuszczony przez dwie ostatnie odsłony. Oczekiwałem zatem kolejnych wariacji nie tylko tradycyjnych, "smoczych" bestii, ale również tych unikalnych dziwactw, które pięknie podsumowało Generations. Tymczasem World preferuje bardziej marketingową watahę. Ktoś mi powie, że to nielogiczne, narzekać na świeżość tego elementu gry - tylko dlatego, że ktoś nie rozpoznaje tych ataków, sposobów zachowań, animacji. Każdy boss ma w sobie odrobinę unikalności (okładkowy Anjanath rozkłada owadzie skrzydła w furii, Kulu-Ya-Ku blokuje się wykopanym kamieniem, Paolumu nadmuchuje się jak balon, a Radobaan "przywdziewa" kościaną zbroję), nie myślcie sobie. Od ponad dekady tacy sami zostają tylko Rathian i Rathalos. Niemniej daleko jeszcze dinozaurzej ferajnie z World do zbiorów z odsłon czwartej generacji Monster Huntera. Sami sobie jesteśmy poniekąd winni. Wcześniej na zrozumiały język tłumaczono dopiero dopasione edycje gry. Jak myślicie - w ile nowych pudełek zostanie jeszcze zapakowana ta sama zawartość? Wydawca nie odpuści ulubionych nawyków, zwłaszcza przy takiej sprzedaży.Powyższe akapity mogą i w wielu oczach na pewno będą odczytane jako narzekanie starego zgreda na to, że jakaś marka naturalnie ewoluuje. Nieprawda, nie do końca przynajmniej. Fundament całego doświadczenia jest w World nietknięty. Nie ma sensu po raz kolejny tłumaczyć, że jeżeli się wciągnięcie, to wciągnięcie się na dobre. Czuję jednak, że są tutaj aspekty niedopracowane, mające być rozwinięte za sprawą darmowych rozszerzeń lub mniej odkrywczych wersji "Ultimate", "Super", "X" czy "Hyper". Nie wierzcie też popularnej opinii w internecie - do końca podstawowych zadań dobrniecie w 30 godzin. Hi-Rankingowych polowań będzie zaś odrobinę mniej od tego, do czego MonHun nas przyzwyczaił. Strzelam, że trochę się to zmieni podczas najbliższych miesięcy.Pracując nad kontynuacją, Capcom nie musi już tykać jednoosobowej kampanii. Jest git, naprawdę. Voice-acting, scenki przerywnikowe, jeszcze bardziej urocze Palikotki - to wystarczy. Historyjki Monster Hunterów to wszak wyłącznie wymówka do następnych kilkudziesięciu polowań. Opcję wystrzeliwania flary, dzięki której otwieracie swoje "singlowe" zadanie innym graczom, przyjmuję niczym zbawienie. Zwłaszcza że tym razem osoba pomagająca także "zalicza" daną misję. Nie ma zatem bata, by gdzieś się poważnie zaciąć. Chociaż to ułatwienie nie nauczy Was pięścią prawdziwego rytmu "zdradzieckiej pętli rozgrywki".A co z oprawą? Wysoka jakość ma swoje minusy, niestety. Tytuł na klasycznym PlayStation 4 (tak właśnie grałem) potrafi nieziemsko szarpać. Potworki na dalszym planie, choć widoczne, przypominają poklatkowe animacje studenta wyższej szkoły filmowej. Tradycyjnie przenikające wszystkie obiekty ogony, skrzydła, brzuchy czy nogi potworów wyglądają teraz szczególnie niegustownie. Najbardziej boli jednak ten framerate. Pecetowcy na jesień pewnie nie będą mieli tego problemu. A ja... No cóż, kilkanaście godzin i przestałem zwracać uwagę. Ważne, że online działa wzorowo.