Zmien skórke
Logo Polygamii

PublicystykaPięć powodów, dla których warto zaryzykować z zakupem Monster Hunter World

Weteranów serii nie trzeba zachęcać, ale to nie dla nich powstała poniższa lista. Drodzy jeszcze-nie-łowcy, lepszego momentu na „wejście” w tę serię nie będzie nigdy.

Facebook Twitter Google Wykop

<ryk dinozaura> Jutro premiera Monster Hunter World. Rzadko stosujemy takie praktyki, ale hej, są serie na tyle wyjątkowe, że można ich wydawcom zaufać i bez wyrzutów sumienia napisać „CZY MACIE JUŻ ZAKLEPANY SWÓJ EGZEMPLARZ?”. Bo Maciu ma. Maciu, gość, który wskoczy na pokład zupełnie zielony, który nie ma za sobą setek godzin ze ślepiami wbitymi w ekraniki 3DS-a i tysięcy rozciachanych bestii na koncie. Czasem po prostu się czuje, że „to coś dla mnie”. Nawet jeśli impreza trwa od dawna, a jej weterani są już tak mocno wczuci, iż trudno byłoby za nimi nadążyć bez uszczerbku na zdrowiu. Taką atrakcją będzie jutro dla wielu z Was nowa inkarnacja legendy Capcomu. Jutro, pojutrze, w lutym, maju, a nawet podczas pierwszych wieczorów swetrowych następnej zimy. Bo Monster Hunter będzie jak postanowienie z siłownią, w sumie to nigdy nie zgaśnie do końca.

Gdyby rozsądnie podchodzić do tej serii, policzyć jej wszystkie wcielenia, odrzucić typowo żółto-niebieskie odcinanie kuponów, wyszłoby nam, że World jest tak naprawdę „piątką”. I właśnie dlatego wymyśliliśmy sobie listę pięciu powodów, dla których warto zostać fanem MonHuna. Tak! To nic, że Generations było w gruncie rzeczy „piątką”. Bo wtedy mielibyśmy sześć powodów i jeden byłby mocno naciągany. Nie przejmujcie się tym. Zakładamy, że nie graliście nigdy, więc jakim cudem mielibyście rozumieć, o co mi chodzi. Cichutko.

1. Ta seria nie wzięła się z kosmosu. Panowie z Capcomu mieli trzynaście lat wypełnionych premierami, żeby doprowadzić do perfekcji swoją formułę. Szczęśliwie – zrobili to już ostatnio na 3DS-ie. World jest dla nich krokiem naprzód, okazją do pierwszego tak mocnego podbicia wizualiów i kilku wyraźnych usprawnień mechaniki, lecz… no, znają się na tym. Sponsorują nam nieprzespane noce od bardzo dawna. Doskonale wiedzą, co dobrze działa w roli używki podczas grania. Tutaj kwestią jest tylko, czy Wam podpasuje charakter tej rozgrywki. Jeśli tak, no cóż. Macie trochę przesrane.

Monster Hunter od dłuższego czasu znośnie radzi sobie na zachodzie. Premiera nowej odsłony równocześnie z rynkiem azjatyckim ma jednak na celu zrobienie nam w głowach takiego prania, jak Japończykom. Dla nich to właściwie dobro narodowe. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że World znacząco wpłynie na sprzedaż PlayStation 4 w krainie mangi i anime. Od kilku lat poszczególne odsłony marki przekraczają granicę czterech milionów opchniętych egzemplarzy – większość tego wyniku nabijają właśnie tamtejsi psychofani. Czas, żebyśmy i my stracili kontakt z rzeczywistością. Seria, która jest szlifowana tak długo, a która zagości w końcu na najpopularniejszych konsolach anglojęzycznej części świata, ma na to nareszcie realną szansę. Wy pamiętajcie, że nie płacicie za kota w worku, tylko dopracowany, wypchany po brzegi produkt.

2. Krwiożercze potwory. Duże. A czasem bardzo duże. Mięskiem Monster Huntera, celem większości misji, jakie będziecie powtarzać do upadłego, są polowania na fantastyczny bestiariusz. Jak wszystkie punkty poniżej, tak i ten ma bezpośredni powód w punkcie pierwszym. Capcom od lat proponuje graczom kolejne dziwactwa do wybicia, pilnie odnotowując reakcje graczy. Dlatego nawet jeśli wiem, że World dostarczy wiele debiutantów, ja ryknę z zachwytu na widok swoich faworytów w nowym, otwartym środowisku. A dopiero później przeanalizuje, które świeżynki chciałbym od teraz widzieć w serii regularnie.

Każda bestia w Monster Hunterze oznacza mozolne budowanie własnej, dopasowanej strategii

Ależ tego było na przestrzeni lat! Węże, rekiny, niedźwiedzie, pająki-giganty, małpy, sowy, nietoperze, płaszczki, smoki, dziki, mamuty, dinozaury. Już same dinozaury wystarczyłyby jako dobry argument, kto ich nie lubi? Ale spokojnie, zapewniam, że to całe zoo jest fantastycznie zaprojektowane. Nie tylko od strony wizualnej. Każda bestia w Monster Hunterze oznacza mozolne budowanie własnej, dopasowanej strategii. Walki mogą trwać nawet pół godziny. Potwory męczą się, uciekają, wpadają w furię – a my musimy idealnie reagować na sytuację w walce. Prawdziwa zręcznościowa uczta. Porównanie do serii From Software (które dziś nadużywa się tak mocno, że stało się memem) przez lata najczęściej powracało przy grach Capcomu. I choć natura MonHuna jest inna, w wielu walkach liczy się frywolne poczucie ryzykownej przygody, tak gra od samego początku nie wybacza. Nauczycie się być dobrzy. Ale z uśmiechem na ustach, bo takich bossów nie sposób nienawidzić.

3. Zabawa przez sieć. Kłopotliwy argument. Gracze są różni. Ja dla przykładu zazwyczaj nie znoszę grać w multi. Od kilku odsłon Monster Hunter jest jak najbardziej „możliwy” w pojedynkę. Do pierwszego, podstawowego zakończenia. Dopiero potem zaczynają się potworki, które przerastają nawet najbardziej cierpliwych i żwawo reagujących samotnych myśliwych. Próbowałem – bo taki jestem, że jak mogę, to nawet zadania „pod online” wolę spróbować samodzielnie. Na ratunek mojej psychice przybył bardzo wyrozumiały kumpel (chciałbym go pozdrowić – hej Jezus, trochę słabą masz ksywkę na publiczne pozdrowienia), który powolutku wdrożył mnie w specyfikę multiplayera. Razem zbieraliśmy materiały, ulepszaliśmy powoli oręż, poznawaliśmy strategie na najsilniejszych bossów. A gdy byłem gotowy, sam wynalazłem sobie ekipę któregoś wieczoru. Okazało się, że wcale nie zasysam. Potem poszło z górki.

Nie chcę pisać, że Monster Hunter ma taki tryb wieloosobowy, że nawet przeciwnicy grania w sieci się przekonają. Niemniej tak podpowiada mi serduszko. Środowisko fanów to ludzie kumaci. Tacy, z którymi można bez problemu ustalić plan na najbliższą godzinę („to najpierw zabijemy tego potworka, z którego potrzebujesz łusek, a potem pozbieramy minerały do mojego hełmu”), tacy, z którymi nawet najtrudniejsze walki stają się zjadliwe. Cała sytuacja może się zmienić po premierze World, gdy do gry wsiądą tysiące bezczelnych świeżaków, ja wiem. Ale hej, my też tam będziemy. Jeżeli znajdziecie chociaż jedną osobę jak mój kumpel, chętną do pomocy, czeka Was niesamowite doświadczenie. Jeśli jej nie znajdziecie, cóż – obiecajcie mi, że najpierw dacie grze trochę czasu w singlu. Dziesięć, piętnaście godzin. To, wbrew pozorom, niewiele. Ale wtedy już będziecie rozumieli, w jaki sposób dołączyć do grona prawdziwych Łowców. Chcę wierzyć, że w MonHunie nadal nie będzie żadnych trolli.

Obiecajcie mi, że najpierw dacie grze trochę czasu w singlu – dziesięć, piętnaście godzin

4. Przepastna zawartość. Seria Capcomu obiera ciekawą strategię. Chwilę po rozpoczęciu weźmiecie udział w pierwszych i – biorąc pod uwagę wstępny ekwipunek – bardzo efektownych starciach. Po dwudziestu godzinach nic się pod tym względem nie zmieni, ale efektowne starcia będziecie rozgrywać w singlu oraz przez sieć. A potem, jak już wbijecie godzin pięćdziesiąt i staniecie przed głównym bossem kampanii, pomyślicie sobie: „uff, dotarłem tutaj. Ależ to była petarda. Totalnie nie żałuję”. Tylko że nie przestaniecie grać. Po tej walce otworzą się następne. A w spisie misji wieloosobowych zaczną majaczyć pojedynki tak przesadzone, że być może dopiero za kilkanaście dni stworzycie do nich idealny zestaw. Prędzej znajdziecie sobie nowe uzależnienie, niż powiecie: „zrobiłem wszystko, co było dla mnie prawdziwym wyzwaniem, zamknąłem Monster Huntera”.

To magia tych gier. Zawsze jest coś dalej. I zawsze za tym „dalej” czai się „niemożliwe dalej”, które po prostu wydaje się nie do przeskoczenia. Git gud, jak przywykliśmy pisać w sieci. Tak, naprawdę tam dobrniecie. Będziecie czuli olbrzymią satysfakcję. Tylko nie gnajcie jak poparzeni. Cierpliwość popłaca. A tutaj ubarwiona będzie kolejnymi świetnymi walkami.

Przy tabelkach z orężem spędzicie dokładnie tyle samo czasu, co w środku dżungli

5. Zdradziecka pęta systemu. W nieobeznanych środowiskach mówi się, że Monster Hunter to gra wyłącznie o walce: nauce walki, samych potyczkach, pokonywaniu niepokonanego. Błąd. Monster Hunter jest poezją grindingu. Żaden weteran nie rzuci się na kolejne wyzwanie, jeśli nie będzie posiadał odpowiedniego ekwipunku. On poświęci tydzień, żeby zrobić sobie cztery zestawy pod różne okoliczności. Zabije tego samego bossa dziesięć razy (dziękując niebiosom, że same potyczki są na tyle atrakcyjne, by nie nudzić za dziesiątym razem), wyciągnie z niego wszystkie potrzebne przedmioty, zwolni w wyścigu szczurów ze znajomymi, ale gdy w końcu pójdzie o krok dalej, będą o nim śpiewać legendy. Tak powinniście grać w World. Swoim tempem. Ale zawsze w jakimś celu. Przy tabelkach z orężem spędzicie dokładnie tyle samo czasu, co w środku dżungli wypatrując celu następnego polowania. Warto o tym pamiętać. Bo to chyba jedyny argument, który może też od MonHuna odrzucić.

Tyle ode mnie, muszę wracać do konsoli. Wszystkich zainteresowanych uspokajam – nasza recenzja trafi na stronę. Gdy będę czuł, że naprawdę mam prawo ją napisać. Tak wielu malutkich szlifów oraz tak gigantycznego skoku graficznego nie było jeszcze nigdy w historii serii. Potrzeba czasu, by wysmażyć tekst, który odda sprawiedliwość niewidzialnej „piątce” w tytule (deweloperzy bez ogródek przyznają, że World jest dla nich pełnoprawną kontynuacją). Dziś chciałem pomóć niezdecydowanym. Bo jeżeli ktoś zasługuje na Waszą uwagę w tym spokojniejszym sezonie, odwdzięczy się z nawiązką, to właśnie Capcom.

Do zobaczenia jutro, nad zwłokami dinozaurów!

Adam Piechota

  1. Bobok
    00:32 26.01.2018
    Bobok

    Adamie dziękuje Ci za ten tekst, tak bardzo ciężko będzie mi wytrzymać do jesieni. Zawsze marzyłem żeby zagrać w którąś część ale zawsze coś stawało na przeszkodzie i mocno wierzę że tym razem już zagram na 100%.

    Ukryj odpowiedzi()
  2. 09:36 26.01.2018
    gamut6

    Pomijając samą grę – tekst czytało się z prawdziwą przyjemnością. Świetna robota Adam!

  3. chyzwar
    10:13 27.01.2018
    Ukryj odpowiedzi()
    • 13:25 28.01.2018
      MasaGratoR

      W moim przypadku jest tak, że nienawidzę grindu w grach fabularnych (czyli głównie gier jrpg), wtedy zawsze jadę na cheatach, by poznać fabułę w normalnym czasie.
      Jednak nie mam kompletnie nic przeciwko grom, gdzie grind to podstawa rozgrywki. Wtedy nie wkurzasz się, że musisz marnować czas, by poznać dalsze wątki, bo fabuły po prostu nie ma. 😛

  4. 15:43 29.01.2018
    kaen

    Dzięki za ten artykuł. Chciałem dziś jechać po pracy do sklepu, ale skoro gra to coś mocno osadzonego w jakimś dużym community, a na dodatek cały czas robisz to samo, to sobie jednak daruję.