W Lone Echo rewelacyjnie wypada kreacja świata - ten wydaje się po prostu rzeczywisty. I nie mam tu na myśli jedynie przepychu wizualnego. Dzięki Oculusowi i kontrolerom ruchowym dostajemy pełną władzę nad tym, gdzie pójdziemy i co dokładnie zrobimy. Przestrzeń została wypełniona niesamowitą liczbą „namacalnych” szczegółów, dzięki czemu wierzymy, że istnieje naprawdę. Na swojej drodze natkniemy się nie tylko na dokumenty czy wyposażenie niezbędne każdemu kosmonaucie, ale też porozrzucane przedmioty codziennego użytku oraz różne drobiazgi: figurki, globus, jakieś zabawki. Wszystkiego można dotknąć, dokładnie obejrzeć z różnych stron, czasami nawet uruchomić, a od czasu do czasu rzucić jakimś zabawnym (z góry zdefiniowanym) komentarzem. Dzięki przemyślanej architekturze stacji i tego typu smaczkom nie miałem problemu z uwierzeniem, że człowiek naprawdę mógłby w takiej przestrzeni żyć i pracować.Przez pierwsze kilkadziesiąt minut eksploracja tego otoczenia sprawiała mi niesamowitą frajdę, dzięki niej stawałem się jeszcze bardziej zżyty z Jackiem. Niestety fakt bycia robotem ma też swoje wady – codzienne, polegające na zapewnieniu ciągłości funkcjonowania stacji obowiązki. Tu trzeba coś zaspawać, tam poukładać baterie, a jeszcze gdzie indziej nawodnić rośliny. Wszystkie „wyzwania”, przed którymi przyjdzie nam stanąć, są jedynie łatwiejszymi bądź trudniejszymi zadaniami manualnymi. I chociaż kapitan Rhodes będzie oczywiście pomagała, to przy manipulacji w komorze zasilającej kibicuje z zewnątrz i tylko patrzy, jak przyjmujemy na siebie duże dawki promieniowania.Kiedy tak manipulowałem przy radioaktywnych rdzeniach, nawet nie sądziłem, że nigdy już nie będzie mi dane wyjść z tej komory… To znaczy, nie dosłownie, bo to był jedynie fragment wplecionego w grę samouczka. Niestety był to też jednocześnie ostatni moment, kiedy gra ta sprawiała mi przyjemność.Oglądaliście kiedyś „Odyseję Kosmiczną”? Świetny film, którego nastrój budowany jest tak długimi ujęciami, że bardziej niecierpliwi widzowie zaczynają zadawać pytania: „Czy tu w końcu coś się zmieni?”, „Dlaczego wszystko tyle to trwa?” I niestety podobnie jest z Lone Echo, bo gra jest niesamowicie powtarzalna, a do tego rozciąga w czasie najbardziej prozaiczne czynności. Jako gracz przyzwyczajony jestem do pewnej umowności tego medium. Gdy kowal wykuwa zbroję, oczekuję kilku uderzeń młotkiem i gotowego stroju. Gotowanie zupy w takiej Zeldzie trwa parę sekund, a magazynki z amunicją w większości gier przeładowuje się w mgnieniu oka. W Lone Echo tych skrótów nie ma, wszystko trzeba robić samemu, „ręcznie”. I chociaż z początku może to cieszyć – świetnie oddano sterowanie Oculus Touchem, to na dłuższą metę nie zdaje to egzaminu i najzwyczajniej w świecie nudzi.Sytuacji nie ratuje fabuła. Przy stacji górniczej pojawia się anomalia kosmiczna, która wszystko komplikuje. Rzeczy zaczynają się psuć, później nadchodzi ratowanie życia i inne standardowe wydarzenia będące obowiązkowymi punktami każdej porządnej katastrofy kosmicznej. Nie ma szału, ale też i narzekać nie będę, bo wszystko świetnie spinają relacje między bohaterami. Tylko ta powtarzalność…Czynności wykonywane podczas pierwszych kilku zadań będziemy powtarzać w nieskończoność. I chociaż nie jest to nigdy kropka w kropkę to samo, to jednak mechanika znacząco się nie zmienia: zawsze trzeba coś przesunąć, coś odwrócić, coś dopasować lub po prostu przemieścić się z miejsca na miejsce. Tu naprawdę nic więcej nie ma. Pomysł na rozgrywkę jest tak niesamowicie płytki, że aż irytujący. Przez większość czasu, zamiast strachu przez nieznanym czułem zdenerwowanie, że znowu muszę robić jakieś pierdoły. A jeśli dodamy do tego stale towarzyszące uczucie bezwładności (swoją drogą, fizyka działa tutaj fenomenalnie), to można łatwo sobie wyobrazić, jak woooolno się wszystko tu odbywa. Jak u Kubricka.