Na początku byłem zaskoczony, że do produkcji dołożyło się Muzeum Powstania Warszawskiego. W końcu od początku miała to być gra akcji, czyli bieganie, wypruwanie flaków, zmienianie magazynków w leju po bombie i jęki umierających. Niezależnie od stopnia nasycenia ukochanym przez wszystkich odwetowym patriotyzmem, mało się to nadaje do pokazywania na lekcjach historii w podstawówkach. I teraz uwaga - w menu znajduje się mało wyeksponowana, już pod opcjami, zakładka ''Zwiedzanie''. Wlazłem na chwilę, żeby nie było, że nie zajrzałem - i odkurzacz historii wessał mnie na długie godziny. Pierwsze wrażenie jest takie, jak respawn w pustej planszy do multi - jesteśmy w lokacji, z której wypruto skrypty, Niemców i wybuchy granatów. Możemy chodzić po okupacyjnej Warszawie i zwiedzać, a jedyną dostępną akcją jest suwak czasu. W każdej chwili, na każdej ulicy (oczywiście tylko na terenie gry, czyli Śródmieście z przyległościami), mamy do wyboru cztery opcje: lipiec 1944, wrzesień 1944, luty 1945 i - w kilku miejscach - 2009. Nie tęsknię do łatwych wzruszeń, ale jestem z Warszawy i kiedy zajrzałem na rodzinną Wilczą - nie no, łzy stanęły mi w oczach. Zacząłem od końca, stojąc przed kamienicą starych - brzydką plombą z lat 60. Potem, niestety po chwili wgapiania się w ekran ładowania, 1945. Szok. Nie ma domu, jest dziura, wokół wypalone, pokryte śniegiem, kikuty kamienic. Poszedłem tym cmentarzyskiem w stronę Marszałkowskiej, dziwnie wąskiej, ponieważ jedną jej stronę wyburzono dopiero po wojnie. Sporo gruzów, ale nie wygląda to na coś, czego nie można by odbudować, jednak to czerwoni ze swoją sowiecką estetyką wbili ostatnie gwoździe do stołecznej trumny. Wrzesień 1944 jakoś nie różnił się tak bardzo w miejscu, w którym byłem, czyli w okolicach dzisiejszego PKiN. Za to lipiec, Chryste, za to lipiec! Jakież to było piękne miasto. Macherzy z Reda zrobili swoje, oświetlając tą wersję Warszawy złotym światłem późnego popołudnia, ale ten widok obroniłby się nawet w listopadzie. Długie godziny chodziłem po ulicach, zatrzymując się przed każdą nieistniejącą kamienicą i skręcając się tęsknoty. Ileż bym dał za taką przechadzkę naprawdę.