Flood the Chamber to krótka platformówka - mieści się na jednym ekranie, więc musi być krótka, co nie? Być może dla ludzi o zręczności zmutowanej małpy z planety Kadżimbo, być może. Dla mnie zdecydowanie nie, kilka razy zdarzyło mi się zawyć ze złości.
Sterując ubranym w stylowy zielony strój rzezimieszkiem, musimy omijać kolejne przeszkody, byle dotrzeć do kolejnego grzybka, który robi tutaj za punkt odrodzenia. Komplikacja polega na tym, że podziemia zalewane są wodą, więc trzeba się spieszyć - zamoczenie się wiąże się z powrotem na sam początek gry.
To, że cała gra mieści się na jednym ekranie z jednej strony kusi pozorną łatwością, z drugiej, gdy już gracz nabierze wprawy, wyraźnie pokazuje, jak daleko zaszedł. Pierwsze piętro to był problem? W momencie w którym trzeba się siłować z trzecim, pierwsze wydaje się być dawnym wspomnieniem, które w razie wpadnięcia do wody przechodzi się w mgnieniu oka.
Nie mam pojęcia, ile całość może zabrać czasu - ja odpadłem ostatecznie tuż przed grzybkiem nad transparentem "Weak". Kiedyś do Flood The Chamber wrócę.
Powiedzcie "papa" poniedziałkowej produktywności.
Konrad Hildebrand