Jednocześnie, choć zdarzają się wyjątki, są to produkcje koszmarnie niedopracowane, momentami niemal amatorskie, z fatalnymi rozwiązaniami i wyjątkowo niskim budżetem. Jednak z jakiegoś powodu ciągle powstają i wbrew pozorom są całkiem popularne. Dlatego kiedy zobaczyłem, że polski Gold Rush: The Game trafił na listę 10 steamowych bestsellerów na świecie, postanowiłem sprawdzić, co to takiego i czy może w końcu ktoś zrobił grę pokazującą, że symulacja czegoś nieciekawego może być fajna. No bo skoro licencji na tytuł udzieliło Discovery, to chyba nie może to być kompletny gniot.Dawno, dawno temu na Discovery można było obejrzeć ciekawy film dokumentalny. Czasy jednak się zmieniły, widzowie stali się mniej wymagający, zatem by utrzymać się na rynku trzeba było odpowiednio zmienić ramówkę. Nastały mroczne wieki paradokumentów. Poławiacze krabów, łowcy duchów, tuzy licytacji schowków, których właściciele przestali płacić czynsz, baronowie lombardów, margrabiowie zaginionych bagaży – jeśli istnieje jakiś kompletnie nieciekawy albo zmyślony zawód, to Discovery bądź któraś ze stacji o podobnym profilu zrobi o nim program.Nie inaczej jest w przypadku poszukiwaczy złota. I choć czasy Klondike dawno minęły, nadal są ludzie zajmujący się tą działalnością. A skoro są tacy ludzie, to znajdą się osoby chętne oglądać ich poczynania. Tak powstał jeden z najpopularniejszych paradokumentów – „Gold Rush”, polskiemu widzowi znany jako „Gorączka złota”. Czasem idzie się krok dalej i poza programem, robi się też grę wideo. Przykładem takiej produkcji jest Deadliest Catch: Alaskan Storm, czyli egranizacja programu o poławiaczach krabów na Alasce. Nie był to tytuł tragiczny, ale też nie ma się co oszukiwać – „Złotego dżojstika” raczej by nie dostał.Z kolei 13 października tego roku, wspólnym nakładem polskiego studia Code Horizon i wydawcy PlayWay, spod ziemi wykopany został Gold Rush: The Game. I wielka szkoda, że ktoś to cholerstwo odkopał, bo nie wiem, czy to jakaś nowa, zapoczątkowana przez Car Mechanic Simulator tradycja wydawania przez PlayWay gier w kompletnej rozsypce, czy po prostu wypadek przy pracy, czy może próba zarobienia na popularnym programie telewizyjnym.Początek nie zwiastuje jeszcze niczego złego. Stoję sobie obok pickupa przed wjazdem do alaskańskiego miasteczka. Gra podpowiada, żebym otworzył dziennik, w którym całkiem dobrze wytłumaczone mam, co powinienem zrobić dalej. Wsiadam zatem do samochodu i ruszam do sklepu ze sprzętem do wydobywania złota. Chwila, muszę włączyć silnik. Okej. Jeszcze ręczny. Spoko. Jadąc po asfalcie powinieneś wyłączyć blokadę dyferencjału - mówi mi komunikat. No tak, ma to sens.Zajeżdżam pod sklep, oglądam animację wysiadania z auta (tak jak wcześniej oglądałem animację wsiadania do auta), powyższe czynności wykonuję w odwrotnej kolejności. Wchodzę do środka, a tam… pełna symulacja. Muszę biegać między półkami, wybierać sprzęty, podejść do kasy, zapłacić i w końcu załadować wszystko, oczywiście ręcznie, na pakę. Teraz wystarczy zawieźć to… a nie, jeszcze muszę wpaść do banku, żeby wydzierżawić działkę. Dobra, teraz wystarczy zajechać na miejsce i zacząć zarabiać.No nie do końca. Po pierwsze, skoro musiałem wszystko załadować, to teraz muszę wyładować, potem rozstawić i podłączyć. Spokojnie, do tego też są filmy instruktażowe. Wybrałem sobie miło wyglądające miejsce, zrzuciłem sprzęt i… musiałem zapakować go z powrotem, bo gra pokazuje jak to ustrojstwo podłączyć, ale nie wspomina już, że można to robić tylko w konkretnych miejscach. I nie chodzi tu o prowadzenie gracza za rękę, ale wydaje mi się, że w tego typu grze istotnym jest, by odpowiednio wyjaśnić przynajmniej te pierwsze kroki.Tymczasem nie tylko okazało się, że powinienem rozstawić wszystko w innym miejscu, ale też kupiłem za mało elementów, bo dziennik początkującego poszukiwacza złota niedokładnie podaje listę zakupową. Na szczęście w Internecie znalazł się przemiły rudy człowiek, z filmików którego dowiedziałem się, co muszę kupić, jak to podłączyć i na jakiej zasadzie wszystko działa. Co ciekawe, dowiedziałem się też, że wydając niewiele więcej pieniędzy, mogę cały proces nieco zautomatyzować. Oczywiście nadal będzie to żmudne. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz ręka rozbolała mnie od machania myszą, a najlepiej zobrazuje to poniższy gif.JTNDZGl2JTIwc3R5bGUlM0QlMjdwb3NpdGlvbiUzQXJlbGF0aXZlJTNCcGFkZGluZy1ib3R0b20lM0E1NCUyNSUyNyUzRSUzQ2lmcmFtZSUyMHNyYyUzRCUyN2h0dHBzJTNBJTJGJTJGZ2Z5Y2F0LmNvbSUyRmlmciUyRldob2xlRXhoYXVzdGVkQmlzb24lMjclMjBmcmFtZWJvcmRlciUzRCUyNzAlMjclMjBzY3JvbGxpbmclM0QlMjdubyUyNyUyMHdpZHRoJTNEJTI3MTAwJTI1JTI3JTIwaGVpZ2h0JTNEJTI3MTAwJTI1JTI3JTIwc3R5bGUlM0QlMjdwb3NpdGlvbiUzQWFic29sdXRlJTNCdG9wJTNBMCUzQmxlZnQlM0EwJTI3JTIwYWxsb3dmdWxsc2NyZWVuJTNFJTNDJTJGaWZyYW1lJTNFJTNDJTJGZGl2JTNFSłabo? No słabo, ale dokładnie w momencie, w którym zacząłem wątpić, gra zrobiła coś wspaniałego, z czym nigdy wcześniej w tego typu produkcji się nie spotkałem. Otóż w magiczny sposób znalazłem wyjątkowo duży samorodek, który sprzedałem lokalnemu kowalowi (nie było sensu przetapiać go na sztabkę), zarabiając tym samym na rozbudowę biznesu.Wraz z koparką i cięższym sprzętem pojawiła się pewna przyjemność z pracy. Uncje złota zaczęły płynąć cienkim, ale względnie wartkim strumieniem, wytopiłem swoją pierwszą sztabę, sprzedałem ją w banku, zarobiłem kolejne pieniądze. A skoro zapewniłem sobie stały przypływ środków, postanowiłem zachować się jak prawdziwy kapitalista – wziąłem kosmiczny kredyt i zatrudniłem pierwszego pracownika.Myślałem, że teraz zacznie to przypominać program na Discovery. Że wraz z pojawieniem się dodatkowych rąk do pracy zacznę im przydzielać stanowiska, a sam skupię się na zarządzaniu swoją firmą, która niebawem dostanie może nie „Gazelę”, ale chociaż „Borsuka biznesu”. Tymczasem zatrudnienie osoby daje jedynie dodatkowe wpływy na każdą minutę gry i nie ma w tym choćby namiastki zarządzania. Trochę jak w Clicker Heroes, gdzie zwerbowanie bohatera daje pasywnego DPS-a.Grze ewidentnie brakuje jakiegoś celu i wiem, że tego typu symulator nie ma się na nim skupiać, ale przez to Gold Rush: The Game sporo traci, bo po wykupieniu sprzętu z najwyższego poziomu możemy spokojnie ją odinstalować. A mi zajęło to 10 godzin, bo bank udziela kredytów jak z czasów sprzed kryzysu. To z kolei powoduje, że gra jest jałowa i szybko się nudzi. Owszem, w przyszłości mają pojawić się tablice wyników i rywalizacja między graczami, ale teraz tego nie ma. Jednak nie to jest jej największą bolączką.Ekipa Code Horizon zbyt dosłownie potraktowała symulację. W grach wideo godzimy się na pewne uproszczenia i traktowanie wybranych elementów umownie. To dlatego bohater DOOM-a nie musi chodzić siku, a latając w Elite: Dangerous, nie zaprzątam sobie głowy jedzeniem. Owszem, są tytuły skupiające się na tego typu mechanice, ale to zupełnie osobny gatunek. Od symulacji typu Gold Rush oczekuję, że pozwoli mi ona wykonywać pewne czynności, jednocześnie omijając przynajmniej część upierdliwości z nimi związanej.