Informacyjny chaos znika dość szybko. Trójkąt zależności cały czas mryga z kąta ekranu, by nikt nie zapomniał, że "czerwony" zrobi mocne kuku "zielonemu", od razu staje się jasne, że łucznik lub mag atakuje wyłącznie z dystansu, a niepozorna strzała zaboli szczególnie jednostkę latającą (na smoku lub pegazie, a co!). I że medyk służy... do leczenia, no. Na pierwszych kilka godzin zabawy właśnie tyle wam wystarczy. Będziecie opracowywać nieskomplikowane strategie na poszczególne sytuacje z pola bitwy, przepadniecie w zalewie nerwowych level-upów (zgodnie z tradycją serii, statystyki bohaterów rosną losowo) i nauczycie się respektu do "silniejszych od naszych". Jak gra pokazuje, że dana bitwa to nie wasz poziom, to lepiej jej uwierzcie, bo Kostucha w Heroes nawet chwilę się nie zastanawia, tylko kosi kogo może. Całe szczęście, bohaterowie wracają do życia wraz z powrotem do głównego menu. W tym przypadku zdecydowanie preferuję nowoczesność.Ukłonem w stronę fanów jest istne tsunami grywalnych bohaterów. Prócz kilku świeżaków, z którymi zaczynamy przygodę, przez ekranik przewijają się pierwszo- i drugoplanowe postaci ze wszystkich odsłon Fire Emblem. W przeciwieństwie jednak do takiego Tokyo Mirage #FE, gdzie goście z uniwersum Nintendo zachowali swoje cechy charakteru, oraz w rytm zasady, że ilość nie zawsze równa się jakość - tutaj to po prostu pionki. Figurki do kolekcjonowania. Ale chyba nie powinienem narzekać, bo cały scenariusz Heroes stanowi zwykłą prowizorkę. "Ci źli" próbują przejąć władzę we wszystkich królestwach (nazywanych od poszczególnych odsłon, więc znajdziemy Królestwo Conquest, Królestwo Birthright i tak dalej), więc "ci dobrzy" wzywają Ciebie, gracza, byś pomógł im w walce. Potem lecimy z mapki na mapkę i tłuczemy wszystkie ikony Fire Emblemów, tak samo przez wszystkie dziewięć rozdziałów. Romans? Zdrady? Tak, może od razu z twistem psychologicznym i nieoczywistą furtką dla kontynuacji, co?No jasne, że chodzi głównie o samą rozgrywkę. Każdego z dziesiątek bohaterów czeka bardzo długa droga "od zera", każdemu należy poświęcić mnóstwo czasu, by odpowiednio podbić poziom i odblokować specjalne umiejętności. Kończy się zatem na układaniu kolejnych drużyn i naprzemiennym ich pielęgnowaniu. Czy to w misjach fabularnych, które możemy rozegrać na trzech poziomach trudności (miną jednak długie dni, nim będziecie gotowi do zasmakowania ostatniego z nich), czy specjalnej wieży treningów, serwującej piętra dla postaci na różnych szczeblach rozwoju. Grinding, grinding, grinding. Ale taki przyjemny, natychmiastowy, bo mobilny.Multiplayer na razie kręci dość umiarkowanie, bo działa podobnie do tego z Super Mario Run, czyli rywalizujemy z "duchami" rzeczywistych graczy. Po pierwsze - do zręcznościówki pasuje to zdecydowanie lepiej. Po drugie - niewiele daje w Fire Emblemie wymiatanie na serwerach, poza dość wątpliwym splendorem. Działają za to wydarzenia sezonowe, zwłaszcza to zmieniające się raz na dobę wyzwanie, które należy zaliczyć bez utraty żadnego herosa. W nagrodę obdarzy was bowiem nową postacią. Ach, nie wspominałem? Koniec końców, Heroes to kolejna wariacja Pokemonów. Prawdziwym celem codziennych sesji jest poszukiwanie tych najpotężniejszych z potężnych. Stosunkowo wcześnie okazuje się, że początkowi bohaterowie nie dają sobie za bardzo rady. I wtedy, właśnie w momencie tego spostrzeżenia, zaczyna się długo droga w dół do mikrotransakcyjnego piekła.