Zmien skórke
Logo Polygamii

Tyle dobrego dla fanów Fire Emblem

Dwa tytuły w ciągu najbliższych czterech miesięcy!

Fajnie widzieć, że Nintendo szykuje jeszcze trochę dobroci poza tymi grami, które pokazali wraz ze Switchem. Bo jeżeli wczorajsze Nintendo Direct miało coś przekazywać między wierszami, to wiadomość brzmi „tym razem nie zapomnieliśmy o żadnej z naszych kultowych serii”. Jak inaczej interpretować dwadzieścia minut gadania o Fire Emblem – jednej z tych niszowych własności intelektualnych Wielkiego N? Łączę to w myślach z niedawną wypowiedzią szefa Nintendo of America, gdzie podkreślił, że wiedzą, jak mocno ludzie czekają na prawdziwego Metroida. W każdym razie Fire Emblem jest konkretne, biorę je w ciemno zamiast jakiegoś Pikmina. No to co tam pokazali, hm?

Przede wszystkim chyba Fire Emblem Heroes, czyli następną grę mobilną. Ponadto bardzo szybko atakującą rynek, bo premiera już 2 lutego – niecałe trzy miesiące po Super Mario Run. Tym razem na odwrót, najpierw grają użytkownicy Androida, a czekają fani nadgryzionego jabłka. No w i formie free-to-play, więc nie będzie awantury o czterdzieści złotych. Spełnia wszystkie warunki, by osiągnąć sukces? Wystarczy spojrzeć, jak wygląda rozgrywka, jak esencja serii odnajduje się na małym ekranie. Nawet jeśli pola bitwy są nieco mniejsze, nadal będziemy mieli do czynienia ze strategią turową. Gatunkiem, który przeżywa w mojej głowie spory renesans.

Free-to-play oznacza, rzecz jasna, mikrotransakcje, ale najwyraźniej jako publiczność właśnie to woleliśmy. Autorzy obiecują, iż Heroes nie odpuści pod względem poziomu trudności – fani serii wiedzą, jak istotne jest to dla „prawdziwego” Fire Emblem. Uproszczenia wizualne, zwłaszcza w modelach postaci, wyjętych teraz z jakiegoś chibi-chibi tomiku mangi, chyba nie będą jakoś szczególnie wadzić. Cóż, przekonamy się za dwa tygodnie.

Switch. Fire Emblem Warriors to kolejne kopiuj-wklej z „warriorsowską” formułą Koei Tecmo (jak na przykład Hyrule Warriors), która przenigdy nie potrafiła mnie wkręcić. Ale dodano, że gra zmierza także na 3DS-a. Całe szczęście, Nintendo smaży także prawdziwą stacjonarną inkarnację serii. Pierwszą od wydanego w 2008 roku na Wii Radiant Dawn. Nie spodziewajcie się zwiastuna, nie spodziewajcie się rozgrywki, ba!, nie spodziewajcie się tytułu nawet, bo wątpię, by ktoś rzeczywiście wydał „Fire Emblem for Nintendo Switch”. Ale wiedzcie, że powstaje. Lepszy rydz niźli nic.

Najfajniejszy w moich oczach fragment wczorajszego Directa skierowany był do posiadaczy 3DS-a. Tak, marka powróci jeszcze na tę konsolkę. I zrobi się mocno retro. Fire Emblem Echoes: Shadows of Valentia to rozbuchany remake drugiej części sagi, Gaiden z Famicona (1992 rok), która nigdy nie ukazała się na rynku anglojęzycznym. Zostawiamy scenariusz i gameplayowe bajery (jak otwarta mapka świata, bo to była dość dziwna część), ale wszystko przenosimy do oprawy z ostatnich dwóch przenośnym inkarnacji. Konkretnie, z nostalgicznym przytupem i… w sumie za rogiem, bo premierę wyznaczono na 19 maja. Jeżeli ktoś czuje, że przed „dwójką” powinien także zasmakować pierwowzoru, ten również doczekał się przenośnego remake’u, Shadow Dragon, na zwykłym DS-ie. Tak w razie czego przypominam.

Dwa „erpegowe” Fire Emblemy w jednym roku (jeden na telefony, drugi na 3DS-a), slasherowy spin-off i stacjonarna kontynuacja na dalekim horyzoncie Switcha – taka pigułka. Na Shadows of Valentia czekam z niecierpliwością, ale i Heroes dam dużą szansę. Bo to fajna marka jest.

Adam Piechota

  1. Vries
    14:36 23.01.2017
    Vries

    Miła wiadomość o Fire Emblem Echoes: Shadows of Valentia. Jak jeszcze zrobią remake FE4 Lineage of Holy War to będzie wspaniale.