Finding Paradise in the Spotless Mind - recenzja

Reżyser Kan Gao zdecydowanie spuścił z tonu w kwestii emocjonalności względem pierwszej części cyklu, jednak nie mogę uznać tego za wadę - teraz łatwiej zauważyć, że Finding Paradise to nie tyle udany, a przemyślany sequel. Rozprawia się nie tylko z przypadkiem kolejnego pacjenta Sigmund Corp. - jeżeli „To The Moon” było wyciskającą łzy podróżą wstecz, to drugi epizod naprawiania wspomnień emerytów przeczy istnieniu swojej poprzedniczki. Ale przejdźmy do rzeczy.

Obrazek

Nie-realizm psychologiczny Nie mam zamiaru ukrywać, że najnowsza przygodówka Freebird Games to sequel, element trylogii (albo i większej całości). Widać to w budowie scenariusza, widać w moim zaangażowaniu emocjonalnym. Trudno obyć się bez porównań do pierwszej części, kiedy proces ekspozycji postaci nowego pacjenta (więc także jego rodziny, otoczenia) jest przeprowadzany jak w To The Moon. W końcu to rutynowa praca bohaterów, pracowników Sigmund Corporation, których już wcześniej poznaliśmy: dr Evy Rosalene i dr Neila Wattsa. Ich wątek, ściśle powiązany z poznawaniem losów podopiecznego, także jest rozwijany, a zważając na epilog TTM przeplata tę rutynę z thrillerem.

Dialogi tylko w formie pisanej, ale trzeba uszanować brak jakiejkolwiek próby crowdfundingu na aktorów (i rozdzielczość 640x480)

Całe napięcie i ładunek emocjonalny budowany jest bez eksperymentów - przez dotarcie do prawdy, czyli przyczyny obecności „lekarzy” przy łożu śmierci emerytowanego pilota Colina Reedsa. A ta leży pośrodku. To znaczy, pośrodku osi czasu życia Colina. Jeśli pamiętasz jak działała maszyna do dłubania przy wspomnieniach (a działała chronologicznie wstecz), to już tak nie działa. Teraz my, razem z Wattsem i Rosalene, błądzimy po omacku, bo kiedy życzenie Johna Wylesa było już zawarte w tytule pierwszego epizodu, tak Colin Reeds nie potrafi lub nie chce sprecyzować czego żałuje, co chciałby zmienić. Szybko odkrywamy przesłanki, które świadczyłyby o szczęśliwym życiu obecnego seniora – spełnił się w zawodzie, zwiedził pół świata i założył rodzinę. Co prawda nie obyło się bez małych potknięć wynikających z uroczej niezdarności naszego bohatera w połączeniu z przeciwnościami losu, ale liczył się z nimi przychodząc do konsultantów Sigmund Corp.

Jego najbliższa rodzina, czyli żona Sofia i syn Asher nie wyglądali na zadowolonych w momencie konfrontacji z korporacją (nawet w porównaniu z „niezadowoleniem” nad stanem zdrowia bliskiej osoby), bo Colin nie chciał im wyjaśnić powodu zgłoszenia się do Sigmund. Dlaczego?

W obłokach Odpowiedź na to pytanie to moment, w którym dalsza część Finding Paradise prawdopodobnie nie wystarczy i trzeba sięgnąć po, wydane 3 lata wcześniej, jednogodzinne A Bird Story. Wbrew pozorom jest bardzo potrzebnym wstępem, który bez słowa zamyka pięć godzin opowieści z życia pacjenta do tak krótkiego czasu. To zasługa wyobraźni małego Colina i wręcz baśniowego usposobienia fabuły. W Finding Paradise sednem sprawy staje się rozliczenie emeryta z dzieciństwem, a właściwie – procesem dorastania. Z tego powodu wpływ lekarzy na pacjenta wydaje się być rozmyty, a ich bierne role obserwatorów kolidują z samym pomysłem na serię To The Moon. Próżno tu szukać satysfakcji z wykonanego zadania, ale bez jakichkolwiek prób wprowadzenia interaktywności gry Kana Gao nigdy nie pełniłyby funkcji poprawienia poziomu ego publiczności.

Przy naturalnym porządku rzeczy, uproszczenia wyobraźni Colina powinny być korygowane

W mojej opinii, najważniejszym elementem obyczajowych opowieści pozostaje tempo, zawsze nieznacznie mijające się z tym niesprecyzowanym złotym środkiem. Kanadyjski reżyser nawet skacząc po wyrywkach z życia pacjenta trzyma je krótko na smyczy, aż do przejrzyście podanego apogeum, kiedy to nieznacznie poluzuje uchwyt. To śmiałe, ale także przemyślane posunięcie (przynajmniej na takie wygląda) – zaufanie i całkiem spory rozgłos zdobył przez pierwszą część serii. Z drugiej strony, wiąże się to z minimalnie rozcieńczoną treścią - kilka mało znaczących scen (czytaj: fan serwis) i żarty wykraczające poza świat Finding Paradise, czyli nawiązania do popkultury oraz „podśmiechujki” z branży. To dialogi pozostają głównym medium gagów i ogólnie fabuły, a ich większość jest prowadzona przez Evę i Neila. Bez konfrontacyjnej relacji tej dwójki (przypominam, że do wrażliwej pani doktor przypięto typowego geeka, specjalistę od sprzętu Sigmund) konwersacje mogłyby się okazać ekstremalnie zwyczajne.

Tu miał być opis rozgrywki i kwestii technicznych, ale jedno nie istnieje, a drugie opiera się na silniku RPG Makera. Z tego powodu, bez żadnych wyrzutów sumienia, mogę przejść do OST Finding Paradise. Myślałem, że 2017 należy do Micka Gordona (Wolfenstein: TNC) i Darrena Korba (Pyre), ale tylko dlatego, że w zasadzie zapomniałem o premierze omawianego tytułu. Kan Gao już w To The Moon pokazał swoje wyczucie i zdolności artystyczne. Jak można się domyślić, na krążku dominuje muzyka klasyczna, duża ilość brzmień pianina, wiolonczeli i skrzypiec (najlepszym przykładem jest główny utwór „Time is a Place”), są także powroty z poprzedniczki, np. „Having Lived”. Przestrzegam -  wszelkie próby ignorowania występów Colina i jego żony zakończą się fiaskiem. Zwłaszcza, że muzyka jest ściśle połączona relacją tej dwójki.

Wbrew pozorom, dziewczynka obok Colina to nie Sofia.

Nie potrafię wyrazić tego, jak dobrze się czuje nie musząc użerać się z dwoma elementami gry (podkreślam – GRY) zawartymi w tytule akapitu. Jeżeli pojawia się ten pierwszy, będzie parodią (chociażby eRPGowego rodowodu engine’u), a problemy z tym drugim nie występują. Dlaczego więc Freebird zajmuje się grami? Uwaga, truizm - praktycznie każdy pomysł na scenariusz zaczyna się od przeżyć autora, jakiegoś impulsu. Ale nie przewracaj jeszcze oczami, przecież w filmie ten impuls szybko zanika pod wpływem całego sztabu twórców. W książce i komiksie szansa na odarcie produktu z osobistych wpływów znacznie maleje, ale sprzedawanie do nich audio ma tyle samo sensu co wydanie A Bird Story trzy lata przed Finding Paradise. Gry indie to kompromis, kompromis, który można stworzyć w swoim domu. A drugiej wizyty w domu Kana raczej nie zapomnę.

Źródło artykułu:
Wybrane dla Ciebie
ZATRZYMAJ SIĘ NA CHWILĘ… TE ARTYKUŁY WARTO PRZECZYTAĆ