Odsuwając jednak zmartwienia o niedaleką przyszłość na bok, to fajny kawałek plastiku z tego Aima. Ustrojstwo przypomina co prawda uchwyt w tramwaju (epitet, jaki wymyśliliśmy z chłopakami w redakcji, mógłbym Wam napisać tylko w komentarzach, tutaj nie wypada ), ale trzyma się wyjątkowo pewnie. Trudno napisać, że czułem się prawdziwym mężczyzną ze świecącymi goglami na głowie i plastikowym karabinkiem zakończonym różową gąbką. Za to imersji, o ile wszystko działa, jak powinno (czyli gdy kamera mnie widziała), nie brakowało. Tradycyjnie do recenzji musiałem grać nieco więcej, niż byłbym normalnie, więc po jakimś czasie "czułem" ręce, niemniej to tytuł dla VR. Mało kto będzie ryzykował trzygodzinną sesję. Czekam też na pierwszy artykuł z tytułem "Przeszedł Dark Souls na Aim Controllerze", bo znajdziecie tutaj wszystkie przyciski z DualShocka.Wyobraźcie sobie, że jest w Farpoint moment narracyjnego błysku. Jeden przerywnik, który rzeczywiście oglądałem emocjonalnie zaangażowany. Chociaż cała historyjka to zaledwie zadanie domowe z wymieszania kilku klasyków science-fiction. Wasz grywalny burak bez charakteru trafia wraz z dwojgiem naukowców do tunelu czasoprzestrzennego po "zupełnie niespodziewanym", niefortunnym splocie wydarzeń na eksperymentalnej stacji kosmicznej. Taki króciutki prolog, a zarazem jakieś wytłumaczenia nadchodzącej trzody na marsopodobnej planecie oddalonej o miliardy lat świetlnych. Oni są bohaterami. My - tylko rękami trzymającymi karabin.A zatem wątłą historię poznajemy biernie: nieszczególnie zainteresowanym protagonistą za sprawią hologramów i nagrań pechowej parki. Wszystko w pomniejszeniu rodem z gier niezależnych: mniejszy incydent na początku, mniejszy "Marsjanin" Ridleya Scotta, gdy na obcej planecie trzeba jakoś przeżyć, mniejsza daramaturgia. I ten jeden moment, gdy inna skala wpływa na efektywność. Nikt jednak nie udaje, że Farpoint celuje w opowieść. Przerywniki służą tak naprawdę jako chwila odpoczynku od tego, co zajmie 85% tych pięciu godzin rozgrywki - kosmicznego piu-piu w wirtualnej rzeczywistości.Przede wszystkim - tak, naprawdę mamy "prawdziwego" FPS-a, bez typowych dla gier VR ograniczeń. Gostkiem może normalnie biegać po polu bitwy i płynnie obracać za pomocą analoga (szarpie to za żołądek, ale pasuje do natury zabawy bardziej niż popularne "przeskoki"). No. Czyli tak, jak w Residencie. Farpoint reprezentuje inny gatunek, skoncentrowany jest na akcji i akcji wyłącznie - gdyby przedstawić mapę całej gry na papierze, zobaczylibyście kilkadziesiąt aren do wymiany ognia połączonych ze sobą cienkimi przejściami. Ani razu nie przyjdzie Wam zatrzymać się na dłużej, przesunąć jakąś dźwignię, pozwiedzać okolicę. Jeżeli zatem potencjał gier oceniacie na podstawie liczby wystrzelonych pocisków, powinniście zapamiętać ten tytuł.