Dostałem misję, o czym powiedział mi jakiś ważniak z Biura Podatkowego, kiedy mnie wypuszczono w Seyda Neen. To nie jest istotne, jaka to jest misja, zresztą o misjach od Cesarza, nawet jeśli się nie jest jego najwierniejszym zwolennikiem, nie wypada zbyt głośno, rozumiecie. To opowiem Wam o tym, co mnie spotkało zaraz za wioską. Otóż idę drogą na północ, po lewej ręce mam bagniska Gorzkiego Wybrzeża, po prawej wzniesienia, kiedy słyszę krzyk. Dziewięciu mi świadkiem, przez chwilę pomyślałem, że nie będę takim zwykłym bardem tułaczem, że może pójdę komuś z pomocą, przydam się światu. Wiem, strasznie głupia myśl. Ale stało się, zamiast brać nogi za pas, ruszyłem pod górę ścieżką, bo stamtąd dobiegał krzyk. I kiedy zdyszany osiągnąłem szczyt pagórka - no to wtedy zobaczyłem nic. To dopiero przeciwnik! Myślisz sobie, może wesprę jakąś kocicę w potrzebie, przecież nie od razu księżniczkę w karocy, zresztą, bez urazy, głupio by z tymi waszymi łazikami wyglądały karoce. A tam zupełne nic. Tylko patrzę - w kurzu leży wielka kniga. I nagle jak nie huknie, jak nie gruchnie, jak się nie zakurzy, mało nie wyskoczyłem z gaci, kiedy znów krzyknęło. Ale już po raz ostatni. To spadł elf, z tych niewysokich, śmieszną miał czapkę, aż dziwne, że mu z głowy nie zleciała. Spadł był i mówię wam, że z jednej strony musiał być równie co ja pyszny, a z drugiej równie niewprawny w sztukach magicznych, bo chciał podróżować wygodniej niż teleportacją. Tak z tej knigi - bo to jego - wywnioskowałem. Wystrzelił się w niebo, że może by sięgnął Secundy nawet, ale już o lądowaniu nie pomyślał. Dlatego, rozumiecie, darł się... wniebogłosy. Zabrałem z biedaka miecz piorunów, ale czapkę mu zostawiłem, niech mu ziemia lekką będzie.