Joe nie jest bezbronny, o nie. Nie używa broni - o to prawdopodobnie chodziło w pierwszych zapowiedziach tego DLC. Bronią w większości gardzi, pomagając sobie wyłącznie włóczniami podczas irytujących sekwencji z krokodylami. Jeżeli na swej drodze spotyka standardowe potworki z podstawki, może przemykać po cichu za ich plecami. Ale to nie leży w jego naturze. Widzicie, Joe preferuje tłuc we wszystko gołymi pięściami. Zgniatać głowy pod butem. Serwować potężne finishery wysyłające przeciwników w powietrze. Nawet drzwi woli otwierać kilkuciosową kombinacją. Poważnie. End of Zoe to opowiastka o dziwaku z bagien, który tłucze mordy potworom. Przez trzy godziny miażdży absolutnie wszystko w iście redneckowym szale. Kicz zalewa ekran telewizora. Poczekajcie, aż zacznie się stukać ze Swamp Manem. Albo na chwilę przed finałem odnajdzie nowoczesny gadżet Umbrelli, idealnie wpasowujący się w jego gust.Nie miałbym nic przeciw tak niedorzecznej zagrywce, nawet jeśli od kilku miesięcy naprawdę spodziewałem się "horroru". To świat dodatków fabularnych, tutaj wszystko jest możliwe. Czuję się jak zdarta płyta, wybaczcie, jednak... mechanicznie wypada to koślawo. Aby zacząć wyprowadzać ciosy (na zmianę oboma triggerami), trzeba podejść bardzo blisko przeciwnika. Nie widzieć nic poza nim i liczyć, że nokaut padnie na tyle prędko, by za plecami nie stał już następny. Będzie stał, zapewniam, bo rzeźnia jest zazwyczaj spora. Na chwilę przed ostatnim bossem jest takie starcie na gotyckim cmentarzu, w którym piąchami trzeba położyć wymiotującego toksynami zgniłego grubasa (kojarzycie ich z podstawowej kampanii). Tam ostatecznie się przekonacie, że sam pomysł nie wystarczy.O fabule pisać nie będę. Koniec Zoe już tytułem podpowiada, jaki wątek doprowadzi do zwieńczenia. Taka kropka nad "i". Zapewnienie, że przygoda w Luizjanie będzie równie samodzielna w kanonie serii, co ta w hiszpańskiej wiosce sprzed dwunastu lat. Słusznie.Tekstów powiązanych z zawartością dodatkową nie podsumowujemy werdyktem liczbowym, taka tradycja. Tylko End of Zoe umknęłoby tutaj z "może", gdybyście się zastanawiali (czy dlatego za Chrisa nie musimy nic płacić?). Teraz już rozumiecie, skąd ten kwaśny uśmiech. Co prawda "siódemka" odcina się od poprzednich trzech numerowanych Residentów, ale pod względem treści ponadprogramowej przypomina mi przede wszystkim RE 5. Wtedy też obiecywano mi dwa superanckie DLC, jeden okazał się kompletną stratą czasu, drugi ciekawym oczkiem dla kumatych. Żaden jednak nie usprawiedliwiał wykładania większej kasy na Gold Edition, gdy za połowę tego można było kupić edycję podstawową. Tym razem tańszy zakup oferuje lepszą grę. Ethan dostarczył w styczniu, to nam powinno wystarczyć.