Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeResident Evil 7: Zakazane nagrania – recenzja. Suche urodzinki Jacka

Czy warto jeszcze raz zainwestować pieniądze w horrorowy przebój Capcomu?

Facebook Twitter Google Wykop

Minigierki, bonusiki, dodatkowe postaci, boss rushe. Tak, domyślacie się na pewno, do czego piję. Pamiętam czasy, gdy taka pula rzeczy ponadpodstawowych pojawiała się już w pudełku z każdą grą Capcomu. Zwłaszcza Residenty na tym korzystały, bo ultratrudne tryby The 4th Survivor czy To-fu Survivor z „dwójki” (w tej drugiej sterowaliśmy serkiem tofu uzbrojonym w nóż) wracały regularnie w czasopismach z tabelą najlepszych wyników, by ci najmężniejsi mieli co sobie nad łóżkiem powiesić. Zabawa z serią miała dwa etapy: ten poważny, w którym przechodziliśmy grę i baliśmy się pękających szyb, oraz ten niepoważny, związany z dziwacznymi dodatkami. Fajnie, że nawet w tym aspekcie „siódemka” kontynuuje tradycję. Niefajnie, że każe sobie za to całkiem słono dopłacać.

Sok z żuka

W Zakazanych nagraniach (Banned Footage) znajdziecie elementy obu wspomnianych przed chwilą etapów. Jeżeli ktoś zainteresowany jest wyłącznie poważnym obliczem horroru, sprawdzi je raczej dla epizodów Sypialnia (z pierwszego DLC) i Córki (z drugiego). Niedługich, ale klimatycznych. W pełni kanonicznych, lecz niewyjaśniających pozostałych po oryginalnej kampanii znaków zapytania. Traktujcie je raczej jak wycięte z podstawki taśmy wideo, z tym że zamiast podsuwać podpowiedzi do reszty zabawy, umożliwiają po prostu kolejne powroty do ulubionej psychrodzinki Bakerów. W swojej recenzji Resident Evil VII ze wszystkich sił starałem się unikać większych spoilerów. Teraz nimi posypię bez opamiętania. Ale nie wyobrażam sobie, by ktoś przymierzał się do Nagrań bez znajomości głównego scenariusza, więc nie zamierzam przepraszać.

Łóżko, łancuchy, gracz oraz Marguerite ze swoimi kuchennymi specjałami

Fajnie, że nawet w tym aspekcie „siódemka” kontynuuje tradycję

Sypialnia opiera się na dość prostym założeniu. Łóżko, łancuchy, gracz (kamerzysta Clancy, pechowiec jakich mało w „siódemce”) oraz Marguerite ze swoimi kuchennymi specjałami. Ona przynosi jedzonko i wychodzi, by nie przeszkadzać w konsumpcji. Clancy wtedy wydostaje się z łóżka, by stanąć przed najbardziej skomplikowanym pokojem-zagadką całej gry. Jeżeli pamiętacie taśmę Happy Birthday – wiecie, czego się spodziewać. To pół godziny próbowania przedmiotu z przedmiotem i szukania wskazówek po suficie. Od czasu do czasu, akurat gdy uda się popchnąć całość do przodu, do sypialni wróci stara prukwa. Wtedy trzeba wszystko poukładać tak, by nie kapnęła się, że wychodziliśmy z potrzasku. I uważajcie na tę przeklętą szufladę – jej nie włożycie z powrotem. Od razu uprzedzam, że: a) zagadka jest odrobinę przesadzona, więc bliżej jej do przygodówek point-and-click niż horrorów, b) jeśli popełnicie błąd nawet pod sam koniec, zaczynacie zawsze od zera. Za to animacja śmierci kamerzysty jest przefachowa. Dwie, góra trzy próby i Sypialnia – dodatek, nie pokój – pęka. Więcej tam nie wrócicie, zapewniam.

Dużo ciekawiej w moich oczach zapowiadały się Córki. Dodatek przeżyjemy w skórze Zoe, „drugiej” córki Bakerów. A rozpoczniemy dokładnie w momencie, gdy Jack, normalny chłop jeszcze, przyniesie do domu małą, nieprzytomną dziewczynkę. Owszem, to Eveline. Będziemy zatem świadkami swoistych narodzin ulepszonej wersji całej rodzinki. Prequelowy wątek jest kuszący, przyznam, lecz sprowadza się do kilkudziesięciu minut rozgrywki (o ile, podobnie jak ja, dacie się kilka razy złapać), takiej utrudnionej skradanki po pomieszczeniach, które znamy już na wylot. Osobiście wolałbym, by przemiana Bakerów postępowała powoli, odcinając ich nieuchronnie od reszty świata. Ale Capcomowi brakuje wyczucia. Dlatego jest metamorfoza w trybie „rach-ciach”, mocno amerykańska i popcornowa. Cóż.

Sto lat to za mało

Około godziny nowego materiału, który w umiarkowany sposób łata dotychczasowe dziury. Wystarczająco? Tylko jeśli macie ochotę posiedzieć trochę przy minigierkach. Tutaj zawartość jest mocno mieszana, więc zacznę od dołu. Ethan Must Die czy 21 (znowu – pierwszy z pierwszego Banned Footage, drugi z drugiego) w ogóle nie zdołały mnie porwać. Jeden to taka wariacja na temat trybu przetrwania, gdzie po drodze losowo otrzymujemy przedmioty, giniemy niemal od wszystkiego, a ze swojego świeżego jeszcze grobu (zgadnijcie, jakiej serii ukłonił się Capcom) zgarniemy jakieś pozostałości po poprzedniej rozgrywce. Od męczarni mam najwyższy poziom trudności w podstawce, nie potrzebuję rogue-like’owej alternatywy. Drugi to zajeżdżająca „Piłą” odmiana… Blackjacka. Czy do grania w karty w Residencie zachęci Was fakt, że przegrany traci po kolei palce lub jest rażony ładunkiem elektrycznym?

Oba DLC oferują także coś, przy czym mógłbym spędzić, a nawet już spędziłem więcej czasu. Koszmar (Zakazane nagrania 1) proponuje tutejszą wizję trybu Hordy. Jako nieborak Clancy musimy wytrzymać całą noc w doskonale znanej piwnicy głównej rezydencji. Potworki sypią się z każdej strony, od czasu do czasu wpadnie któryś boss, zadyma trwa bez przerwy. Trzeba zatem tak ogarniać mapkę, by cały czas zbierać z uruchomionych zgniatarek drobinki metalu – cenną walutę. Za nie kupujemy następne bronie, apteczki, uzupełniamy amunicję, uruchamiamy kolejne zgniatarki. Śmierć nastąpi prędzej czy później, lecz jeśli osiągnięty wynik będzie wystarczająco wysoki, zapewniamy sobie perki do następnych sesji. Wciąga, naprawdę. Problemem może okazać się ślamazarne celowanie na padzie (oba dodatki są chwilowo ekskluzywne dla PS4), nieprzystosowane do rzeźni na taką skalę. Na myszce będzie łatwiej. Albo na PSVR! Że wcześniej o tym nie pomyślałem.

Czy do grania w karty w Residencie zachęci Was fakt, że przegrany traci po kolei palce lub jest rażony ładunkiem elektrycznym?

Ostatnie, najdziwniejsze ze wszystkich, są 55. urodziny Jacka (Zakazane nagrania 2). Głowa rodziny siedzi w rewelacyjnie przystrojonej jadalni i czeka na żarcie, prawdziwy solenizant. Biegamy zatem po domu, ścierając się z mutantami w urodzinowych czapeczkach, szukamy różnego rodzaju przekąsek. Te wystarczy przynieść do Jacka i obserwować animacje oraz odgłosy rodem z Monster Huntera. To właśnie abstrakcja na poziomie serka Tofu lub grywalnego Weskera w remasterze „zerówki”, coś, co nieodzownie kojarzy mi się z Residentami. Czyli wyjątkowo głupi – a przez to uroczy – bonus.

Banned DLC

Dziwnie się czuję, poświęcając Zakazanym nagraniom całą recenzję. Uczucie interpretuję jako sugestię podświadomości: „te rzeczy naprawdę powinny być w podstawowej grze”. Rozumiem, jak istotne dla wydawców są dziś karnety na dodatki i płatne ciuszki. Staram się po prostu tego unikać. Ale nawet przy delikatnej pogardzie wobec tej strategii potrafię docenić fantastyczne DLC – wydaje mi się, że Undead Nightmare do Red Dead Redemption ma już dość bycia nazywanym wzorem do naśladowania. Niemniej nawet w Residentach zdarzały się chlubne wyjątki. Ot, choćby Lost in Nightmares do kiczowatej „piątki”.

Mógłbym pochwalić Banned Footage tylko w jednym przypadku – gdybym znalazł je na płycie

Mógłbym pochwalić Banned Footage tylko w jednym przypadku – gdybym znalazł je na płycie. Bo te bardziej klimatyczne taśmy, choć krótkie, nadają się do jednorazowego zobaczenia, a przy Koszmarze straciłem cały wieczór ze szczerym uśmiechem na ustach. Żądanie za kilka bonusów równowartości pełnej gry z cyfry, jakiegoś indyka, którego nie zapomnisz do końca życia, jest doprawdy faux pas. Capcom szczęśliwie ma wyśmienitą podstawkę, więc szybko im to zapomnę. Z łączeniem siódmego Residenta i terminu „interesujące DLC” poczekajmy do premiery Not a Hero. Które, przypominam, będzie bezpłatne. A zakup karnetu odłóżcie lepiej w czasie do zapowiedzi trzeciego płatnego rozszerzenia. Jeżeli plotki okażą się prawdziwe, jest na co czekać.

Adam Piechota