Codemasters takiego powodu, jeżeli mogę od razu przywalić, tutaj jeszcze nie miało. Ale to krok w jakimś kierunku. Dirt 4 miał być przede wszystkim o wiele łagodniejszy dla świeżaków. Dlatego pierwszą decyzją, jaką podejmiecie przed rozpoczęciem kariery, będzie wybór pomiędzy trybem "gracza" a trybem "symulacji" (niewiążący, możecie do niego zawsze wrócić). Ten drugi zostawia cały model jazdy na etapie Dirta Rally. Ten pierwszy przenosi nas w czasie: przykleja samochód do każdej nawierzchni, uniemożliwia utratę kontroli, stawia na prędkość oraz arcade'ową zabawę. Gra co prawda od czasu do czasu spróbuje zachęcić do wyłączenia kolejnych asyst, lecz nic nie stoi na przeszkodzie, by karierę zaliczyć właśnie tak - na absolutnym luzie.Zresztą nawet w trybie symulacji trzeba ostro dokręcić śrubę, żeby każdy odcinek był takim koszmarem jak ostatnio. To akurat spory plus, bo mniej strachliwy żółtodziób może spróbować rzeczywistego, rajcującego modelu jazdy i przy odrobinie samozaparcia na nim pozostać. Liczba wszelkich suwaków w ustawieniach trudności to poziom Forzy. Znaczy, że każdy, ale dosłownie każdy może w nowego Dirta grać. Spora w tym zasługa ślamazarnej, powoli otwierającej swą zawartość kariery. Pierwsze godziny spędzicie w krótkich, bezpiecznych rajdach. Atmosferyczne niespodzianki lub czternastokilometrowe odcinki (bez opcji cofania czasu!) czają się daleko, niemniej w końcu trzeba będzie stawić im czoła.Problem w tym, że przystępność nie była jedynym wyznacznikiem numerowanej trylogii. Chodziło także o świadomość uczestnictwa w wydarzeniu, o wielką, motoryzacyjną imprezę, ozdobioną fajerwerkami lub niemożliwymi w rzeczywistości trasami. Chodziło o ziomkowaty, salonowy klimat. W Dirt 4 jedyną reprezentacją dawnego szaleństwa są zawody Landrush, gdzie ścigać się będziecie ciężarówkami lub skocznymi buggy. A do tego Codemasters nie pozwala odlecieć wyobraźni, stawiając na rzeczywiste, szalenie nudne wizualnie miejscówki. Gdy myślę "Dirt 2", widzę rallycrossowy przejazd po opuszczonej fabryce z Davem Mirrą. Gdy myślę "Dirt 4", widzę kilkuetapowy, mozolny wyścig, który miał być zaledwie odskocznią od rajdów.Jeżeli spróbujemy jednak odciąć się od wszystkich innych Dirtów ostatniej dekady i w porównaniach poprzestaniemy na zeszłorocznym - tutaj niespodzianka - również nie będzie idealnie. Bo choć "czwórka" nadal proponuje takie uczucia podczas jazdy, jakie lata temu dostarczał Richard Burns Rally, stawia na bardzo ryzykowną kartę. Proceduralnie generowane odcinki specjalne. Dwa suwaki, którymi wybieramy długość toru oraz jego stopień zawichrowania, to wszystko, czego potrzeba, żeby stworzyć sobie godzinny rajd dookoła świata, jakiego nikt przed nami jeszcze nie próbował. Oczywistą zaletą generatora jest nieskończoność wariantów - nowe wyzwania istnieć będą tak długo, jak długo wytrzymacie pięć otaczających je skórek (znowu trochę za mało państw, niestety).Wadą zaś - późniejsza leniwość twórców, którzy opracowali tak genialny patent. Nie wątpię, że generator jest przyszłością gatunku, pisałem o tym już w zeszłym miesiącu. Niemniej jeżeli Codemasters ostatnio dostarczyli (cytuję swoją recenzję Dirt Rally) "najlepsze odcinki specjalne w historii gier rajdowych", powinni tę poprzeczkę próbować przeskoczyć - w trybie kariery, tam, gdzie oglądam przecież ich kreacje. A tymczasem jest co najwyżej fajnie. Nadal bywa cholernie trudno, nadal można popaść w dziwaczny zachwyt okrucieństwem jakiejś szykany, lecz to po prostu nie są takie ideały, jak ostatnio Grecja czy Monte Carlo. Jeżeli do "czwórki" podchodzicie świeżo po Rally, przygotujcie się na takie maleńkie rozczarowanie.