Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeDevil May Cry 5 – recenzja. Chcieliśmy, mamy

Ktoś tu wraca na nowo rozświetlić gatunek slasherów.

Facebook Twitter Google Wykop

Tę recenzję powinno napisać dwóch Adamów. Obu o tym samym nazwisku zresztą. Jeden dwudziestoośmioletni, „krytyk” growy z pięcioletnim stażem na jednym z najfajniejszych portali w polskim internecie. Zawsze odrobinę bardziej sarkastyczny, niż tak naprawdę potrzeba, ale posiadający wystarczający kontekst, aby omawiane dzieło kultury jakoś precyzyjnie usadowić w analizowanym medium. I drugi czternastoletni, dla którego Devil May Cry 3 jest jedną z idealnych definicji gry wideo. Znający na pamięć każdą przegiętą scenkę przerywnikową, próbujący być tak cool, jak wyrwani rodem z anime bohaterowie, tygodniami usiłujący pokonać całość na poziomie trudności Dante Must Die.

Platformy: PC, PS4, Xbox One
Producent: Capcom
Wydawca: Capcom
Dystrybutor: Cenega
Data premiery: 08.03.2019
Wersja PL: napisy
Grę dostaliśmy od dystrybutora. Graliśmy na bazowym PlayStation 4. Gra informuje, że nie promuje palenia papierosów, gdy jedna bohaterka to robi - dziwne czasy.

Tę recenzję powinno napisać dwóch Adamów

Ten pierwszy wspomniałby o jedenastoletniej absencji samej marki, a także totalnym niezrozumieniu, z jakim spotkał się awangardowy reboot autorstwa Ninja Theory (spokojnie, mogę nadal bronić tamtego tytułu, zapraszam do sekcji komentarzy). Wytłumaczył, że slasher jako gatunek zapadł w śpiączkę, a wyjątki spod dłuta Platinum Games – nawet jeśli czasem cudowne (Bayonetta 2 – jeśli nadal nie nadrobiliście, co się z Wami dzieje?) – tylko potwierdzają regułę. Lukę zapełniły soulslike’i, u swych ideologicznych fundamentów przecież niemalże identyczne. Próba przywrócenia uwagi szerokiej publiczności do bardziej „stylowego” ciachania gigantycznych bossów może (nie musi) być odrobinę ryzykowna.

I to on zanalizowałby również ostatnie ruchy Capcomu oraz perfekcję, z jaką przywracają po kolei stare ikony. O ile jednak oba współczesne Residenty (luizjańska „siódemka” oraz świeżutka „dwójka-dwójka”) do korzeni nawiązują z chłodnym dystansem, filtrując nostalgię nowoczesnymi metodami, żeniąc wspomnienia z absolutnym hi-endem, tak ekipa Hideakiego Itsuno (opiekuna Dantego w zasadzie od „trójki”, a zatem odpowiedzialnego za młodzieżową woltę stylistyczną całej serii) postanowiła zignorować współczesność. Prawie całkowicie. Być może rzut oka na średnią ocen Bayonetty uświadomiła im, iż w tym akurat gatunku „więcej” oznacza po prostu więcej. Poza tym – Devil May Cry 5 uczynili dokładnie takim, jak gdyby od premiery poprzedniej numerowanej odsłony nie minęła dekada, a rok lub dwa maksymalnie.

Devil May Cry 5 uczynili takim, jak gdyby od premiery poprzedniej odsłony minął rok lub dwa maksymalnie

Ten drugi Piechota najpierw zacząłby skakać z radości, potem zagrał na nieistniejącej gitarze jakąś wyczesaną solówkę, zaś przed rozpoczęciem pisania (na takiej starej, wypukłej klawiaturze składanego komputera stacjonarnego, którą ma w rodzinnym gnieździe zresztą do dzisiaj) zjadłby chleb w jajku na kolację. Dużo pisałby caps lockiem. Nie mógłby dać upustu szczęściu, jakiego miał okazję zaznać jeszcze przed oficjalną premierą samej gry. Miotałby się z porównaniami, wielkimi sentencjami czy pozbawioną jakiegokolwiek dystansu euforią. Bo Dante wrócił. Nie tylko sam Dante. Wrócił Devil May Cry, prawdziwy, dokładnie taki, jakiego kochał od „trójki”. Wrócił ideał gatunku należącego do elitarnego grona „sto procent gry w grze”.

To on wystrzeliłby ze spoilerowego działka, że im bogatszą ma się historię z marką, tym doskonalsze, czystsze, bardziej magiczne będzie odkrywanie niedorzecznych twistów „piątki”. Ufając, że nie widzieliście zwiastuna premierowego, ograniczę jego wywody do esencji – Capcom w jakiś sposób nawiąże do wszystkich (poza niekanoniczną już chyba „dwójką”, wiadomo dlaczego) odsłon serii. Nawet jeśli miałoby to oznaczać zupełny brak logiki czy akcje tak kosmiczne, że nawet weterani shonenów wylecą z kapci na orbitę. Gdyż hasła o „zwieńczeniu Sagi Synów Spardy” to żaden marketingowy wabik, tylko realna zapowiedź skali absurdu, jaki tutaj przygotowano. Aż nie mogę się doczekać, gdy ktoś równie ocalony od spoilerów, co ja, zaliczy to 10-godzinne szaleństwo.

Pierwszy Adam zauważyłby z nieukrywanym zaskoczeniem, że połączenie aż trzech grywalnych protagonistów – każdy z autonomicznym systemem walki i swoim własnym, ogromnym drzewkiem kolejnych umiejętności – jakoś zadziałało. Nawet jeśli ich podział na misję jest odrobinę niesprawiedliwy. Dante czy Nero nie powinni mieć przed nami po tylu latach żadnych tajemnic, zaś wykorzystywanie ich unikalnych aspektów to nadal czysta poezja. Co innego fatalnie zaprojektowany od strony „osobowości” i wyglądu V (oczywiście, że w filmikach lubi cytować poezję!) – nauczy Was walki na dystans, z wykorzystaniem przyzywanych demonów (zauważcie, co one reprezentują w kontekście serii!), która… działa. Serio, mimo zrozumiałego chłodu, z jakim podchodziłem do całego pomysłu, szybko złapałem bakcyla.

On podkreśliłby, o ile lepiej zaprojektowano zmiany bohaterów po fatalnym w tym aspekcie Devil May Cry 4, uważającym, że powtarzanie tych samych walk drugim herosem na pewno maksymalnie zajara fanów. On też wytknąłby „piątce” jej największy grzech – okropny setting. O ile jeszcze korytarzowe zakamarki szaro-burej metropolii przynajmniej nie wadzą (może to miało być nawiązanie do „dwójki”?), tak późniejsze lokacje… właściwie nie istnieją. To po prostu kolejne płaszczyzny do efektownych starć. Wiem, że slasher nie ciekawymi krajobrazami powinien chwalić się w pierwszej kolejności, ale przypomnijmy sobie gotycki zamek pierwowzoru i westchnijmy z rozżaleniem.

Prawie każda misja kończy się czymś spektakularnym

Młodszy Piechota ryknąłby: „BOSSOWIE!” I miałby tutaj w stu procentach rację. Pomniejsze demoniczne barachło to połączenie owadzich chłopców do bicia oraz co ciekawszych zapożyczeń z przeszłości (czółkiem, pani z nożycami!), tu i tam przeplatanych kilkoma nowymi projektami. Za to bossowie. No, po pierwsze – jest ich ogrom. Prawie każda misja kończy się czymś spektakularnym. Ogromni, średni, mali, wolni, mobilni, kreatywni niemal zawsze, a czasem puszczający wesoło oczko do weteranów (poczekajcie, aż zobaczycie kolegę po fachu lodowego cerbera z Dante’s Awakening). Po drugie – wymagają małpiej zręczności. Chociaż Normal to tutaj już nie taki Normal, jak dawniej, ale chwilami da Wam popalić. Wiadomo, że to i tak zaledwie rozgrzewka.

Tylko ten młodszy byłby zachwycony matriksowszczyzną w długich scenkach przerywnikowych, perfekcyjną reżyserią akcji tak hardkorowych, że nawet Hollywood latem musiałoby chylić czoła. Kochał je w „trójce”, ma ich na potęgę również teraz. Nie rozumiałby świadomego kiczu zupełnie niepotrzebnych, a zawsze wymuskanych animacji nadjeżdżającego vana pełniącego rolę sklepiku przed walkami z bossami, albo powodów, dla których Dante w pewnym momencie odwala taniec Jacksona lub walczy składanym motocyklem. Potrzebowałby jeszcze kilku lat, żeby zrozumieć, iż przez lata podbijania poprzeczki efekciarstwa seria zyskała już samoświadomość i po prostu dobrze się sobą bawi. W najlepszych momentach robi to z idiotyczną gracją godną Segowskiej Yakuzy.

To pierwszy Adam stwierdziłby finalnie, że Devil May Cry 5 jest wielkim, choć ze względu na dziwny balans bohaterów oraz nudne tła odrobinę podziurawionym osiągnięciem. On wystawiłby poniższą notę, broniąc się faktem, że Capcom nie stwożył żadnego cudu, tylko ożywił drzemiącą legendę, której nadał dopiero skalę rodem z najlepszych dzieł Platinum Games. Być może to właśnie za sprawą żółto-niebieskich gatunek wróci na salony. A może – bo nie myślcie, że „zwieńczenie”, o jakim pisałem wcześniej, oznacza finał marki – dopiero się rozkręca, a prawdziwą rewolucję planuje „na później”. Oczami wyobraźni widzę już Onimushę, której dano by tak zdolny zespół i uniwersalny silnik Residenta (DMC śmiga płynnie jak świeżo zainkasowana wypłata).

Nie jego powinni słuchać wieloletni fanatycy Dantego. On przemawia do „wszystkich”, bo tego wymaga jego praca.

Drugi Adam zauważyłby, że to pozycja w pierwszej kolejności od fanów dla fanów – taki Metal Gear Solid 4 tego uniwersum. Kazałby ignorować wszelkie głosy starych nudziarzy. Powiedział, że to niesamowite, iż ta dawna formuła tak świetnie działa w nowych czasach. Devil May Cry 5 ma w sobie zapomnianą czystość produkowanej frajdy. Jest nieustającym crescendo, jazdą w dół na kolejce górskiej coraz szybciej, przez dziesięć godzin bez przerwy. Ma nawet najbardziej idealny (podkreślmy: idealny) finał, jaki mogła mieć w tym momencie „piątka”. Jeśli tylko z Dantem ma się emocjonalną więź, jeśli czuło się tęsknotę, czternastoletni Adam proponuje poniższe „warto” w „trzeba” zamienić. W tym momencie biec do sklepu. Czy tam pobierać plik z grą. Nie wińmy go, żył w prostszych czasach.

Nie jego powinni słuchać zieloni w gatunku. On przemawia do równych sobie – ultrasów ponad ultrasami.

ZAGRAĆ?
WARTO
4.0

22
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
9 Komentarze
13 Odpowiedzi
10 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
krissu88
Użytkownik

GoW killer

sicksteaphoar
Użytkownik

Trochę nieadektwatne porównanie patrząc jak zmienił się GoW. 😀

gseed
Użytkownik

Kurczę. DMC mnie zupełnie #nikogo od zawsze, a po przeczytaniu recki aż chce się zagrać, pasja wylewa się z tekstu litrami.

Adam, nie zmieniaj się 😉

gsg
Użytkownik

I właśnie na to liczyłem, że gra obudzi czternastoletniego Adama. Znaczy, że działa, jak powinna. Ja na razie uwielbiam to jak przerysowany i paskudny w tym jest V. Pewnie dlatego, że trochę jestem ultrasem shonenów, więc edgy Kylo Ren/Sasuke, z którego nabijają się nawet podopieczni (“Dobra, dobra, Szekspirze!”) powoduje ten dobry typ wzdrygnięcia się. Walki nim jeszcze po tej jednej misji nie czuję i nie do końca rozumiem, ale co, przyjdzie z czasem. Uwielbiam summonerów w grach. Tak trzymaj, Itsuno, i dołóż mi taką klasę w Dragon’s Dogma 2. DMC to też jedyna gra, której wybaczę protagonistę w płaszczu bez… Czytaj więcej »

C.C. Stellar
Użytkownik

Pooglądałem wczoraj gameplaye na Twitchu i jednak zanabyłem kluczyk. Będzie dzisiaj grane, jak TŻ pójdzie spać. 🙂

krissu88
Użytkownik

Optymalizacja gry stoi na wzorowym poziomie. Na moim nie tak znowu mocnym gtx1060/i7 7700/8GB Ram mam stałe 60fps (większość ustawień na ultra).

soulsonist
Użytkownik

Nawet nie mialem tego na radarze ale po recenzji mam spore checi zeby sprawdzic, tym bardziej ze przy Bayonettcie bawilem sei swietnie mimo ze targetem nie jestem I raczej masterem slasherow sie nie stane 🙂

Gratki Adam, swietna recenzja!

Cruzer969
Użytkownik

Gdy ogrywałem demko na początku października zeszłego roku wiedziałem, że będzie dobrze.

A i szanuję za taką ocenę – ostatecznie to tylko siekanka, która raczej nie zdefiniuje gatunku, a raczej jest jego solidnym reprezentantem 🙂

arewehavinfunyet
Użytkownik

Świetna recka :).

Wiem, że nieco inny gatunek gry, ale dziwnie się na to patrzy, gdy czwóreczkę dostaje również takie gunwo jak anthem :).

lordszwed
Użytkownik

Jest w recenzji (ale słabo zaznaczone) więc napiszę tutaj. Dostępne na początku poziomy trudności to żart (nie zginąłem ani razu, bossów wystarczy zaklikać na śmierć). Gra zaczyna się po pierwszym ukończeniu. Później jest to slasher 10/10, muzyka która staje się intensywniejsza poprzez nabijanie kombosów to miód. Grafika – po ograniu re2 i tego tytułu doszedłem do wniosku, że inne studia powinny wykupić licencje od capcomu, a własne silniki wyrzucić przez okno. Rewelacyjnie wszystko wygląda plus optymalizacja genialna.

gsg
Użytkownik

Też tak wstępnie pomyślałem, że genialnie sprawuje się silnik. Później pomyślałem też że silnik silnikowi nierówny i nie każdy nadaje się do każdego gatunku. Zarówno ostatnie RE jak i DMC5 to gry stosunkowo zamknięte, podzielone na mniejsze obszary. DMC5 prawie na pewno ma sporo sztuczek ze streamingiem danych (np. zapewne doczytuje sobie poziom kiedy odpala się animacja rozpadającego korzenia). Czy ten sam silnik poradziłby sobie równie dobrze z większą i bardziej złożoną czy interaktywną mapą? Ciężko powiedzieć. Ale zapewne są jakieś powody dla których Monster Hunter World wciąż wykorzystuje MT Framework (i działa przy tym na konsolach w 30fps, zaś… Czytaj więcej »