No dobrze, co zatem z tym słynnym „eskapizmem”? Założeniem, iż granie w gry jest sposobem na odstresowanie umysłu, by ten mógł zająć się tymi ważnymi sprawami? Otóż tak rozumiane spędzanie czasu byłoby zupełnie pozbawione sensu. W ogóle bowiem eskapizm jako taki jest niemożliwy, bo posiadałby tylko wartość negatywną: nie byłby czymś, czego nie lubimy. Ale nie byłby „czymś”. Jako taki, wcale nie byłby przyjemny – nasze umysły nie cierpią bezczynności, woląc zawsze zajmować się tym, co lubią; problem polega raczej na tym, co jest na dłuższą metę bardziej pożyteczne, a co dla naszych umysłów oczywiste nigdy nie jest. Skoro coś jest przyjemne, to ma dla nas jakąś wartość i każde, nawet najbardziej infantylne dzieło, coś takiego mieć musi. Należy zatem ustalić, co to w ogóle jest, również po to, by korzystać zeń w zdrowy sposób – jeśli nie zrozumiemy, dlaczego coś lubimy, nie będziemy także wiedzieć, jak się tym odpowiedzialnie posługiwać (bądź, w skrajnych sytuacjach, jak należy tego unikać; w każdym razie, założyć jakąś wartość musimy i tak). Gdyby zaś gry nie miały żadnej wartości, to nikt by się nimi nie zajmował. Zatem nawet jeśli stanowią one dla nas jakąś formę ucieczki od szarej rzeczywistości, to tylko dlatego, że same coś sobą reprezentują, co się nam bardziej od tej rzeczywistości podoba. Gdyby było inaczej, granie w nie byłoby podobne do wpatrywania się przez godzinę czy dwie w ścianę. Byłoby, mówiąc krótko, nudno.