Zmien skórke
Logo Polygamii

RecenzjeCzarne lustro: Bandersnatch – recenzja. To nie jest gra

Paranoja.

Facebook Twitter Google Wykop

Wiadomość o 1 w nocy. “Czarne lustro: Bandersnatch. Włączaj nie pytaj. Ktoś to zrobił specjalnie dla ciebie”. Później cieszę się, że po krótkim opieraniu się w końcu ustąpiłem. Jeden z bohaterów ma tu w pokoju plakat Ubika, a ja tylko wczoraj w dwóch krótkich tekstach znów wspominałem P. K. Dicka jak nieustannie powtarzający się błazen, którym jestem. Polecający mi Bandersnatcha zna mnie równie dobrze jak szefostwo Netflixa swoją publiczność. I jest to coś, co warto spróbować obejrzeć samemu. Nie jest to może jednoznacznie rzecz dobra, ale na pewno – ciekawa.

(Swoją drogą – weźcie już naprawdę po prostu zekranizujcie tego Ubika).

Bandersnatch to w największym skrócie film interaktywny, który można potraktować jako pozasezonowy odcinek Czarnego lustra. Tak jak serial ten otworzył współczesnemu widzowi oczy na telewizyjne antologie, tak tutaj twórcy doszli do wniosku, że po co ograniczać się do zmieniania co odcinek treści, jak można zmienić również formę.

To również historia młodego programisty, który w połowie lat 80. zabiera się za tworzenie 8-bitowej gry, mającej być adaptacją papierowej “paragrafówki”. Grupa docelowa odbiorców jest tu wybrana bardzo precyzyjnie – może aż za bardzo, przez co dokładność w umieszczaniu na ekranie i w głośnikach elementów mających krzyczeć NOSTALGIA jest niemal robotyczna.

Oczywiście żyjemy w XXI wieku i wielka platforma streamingowa, chcąca do tego najwyraźniej uchodzić za odważną i wizjonerską, nie może w ramach swojej prestiżowej serii opublikować po prostu “interaktywnego filmu” – czegoś rodem z lat 90. Bardzo szybko okazuje się, że wcale nie chodzi tu o to, żebyśmy podejmowali za bohatera decyzje. A raczej – chodzi, ale na bardzo podstawowym poziomie.

Pod nim z kolei – dekonstrukcja! I to jaka! Jest i o wolnej woli, i o poczuciu nierealności świata, o narastającej paranoi, i o tym, czym może lub nie może być serial, gra, książka. Jest burzenie czwartej ściany, w obie strony – bohater mówi tu do widza, ale i widz – do bohatera, niemal całkowicie dosłownie. Jest kwestionowanie roli bohatera, widza, autora, całego dzieła. Jest jakiś Bioshock i “antybioshock”. Jest tu WSZYSTKO.

Jak można się domyślać, zjada to własny ogon kilkukrotnie, stając się po kilkudziesięciu minutach już jakimś meta komentarzem na temat meta komentarza, na temat meta komentarza, na temat nikt już właściwie nie pamięta czego. Jak więc przy tym udaje się Bandersnatchowi uniknąć bycia bełkotliwym i pretensjonalnym? Ledwo.

Udaje mu się dzięki poczuciu humoru i dobremu wyczuciu momentu, w którym należy przypomnieć widzowi, że to tak naprawdę wszystko wesoła zabawa – radosne rzucanie rzutkami w tarczę pełną modnych pomysłów (coś jak cały Maniac w jednym odcinku) – i że może nie powinien podchodzić do tego za bardzo poważnie. To dość tani unik, ale po zabawie na godzinę-półtorej można go wybaczyć. Trudno mieć później poczucie zmarnowanego czasu.

Ale też udaje się dzięki sztuczce, na której karierę zrobił Christopher Nolan, kolejny ukochany twórca nudnego, współczesnego konsumenta popkultury w moim wieku. Jeżeli wrzucić wszystkiego dostatecznie dużo, dostatecznie mocno zamieszać i skomplikować, to nawet  jeżeli widz na koniec nie będzie do końca pewien, o co tak naprawdę chodziło, to przynajmniej w trakcie oglądania nie będzie miał sił tego kwestionować.

Ja to kupuję. Szczególnie w takiej krótkiej, ekscytującej formie. Przyparty do muru nie powiedziałbym, że jest to dobre, ale zobaczyć warto.

Dominik Gąska

5
Dodaj komentarz

Zaloguj się by skomentować
3 Komentarze
2 Odpowiedzi
3 Obserwujący
 
Najpopularniejszy komentarz
Najpopularniejsza dyskusja
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Aimagylop
Użytkownik

Czarne Lustro to ogólnie kicz udający powagę ale w tym odcinku twórcy przeszli samych siebie. Metanarracja w metanarracji do pożygu, łamanie czwartej ściany, dwie godziny bełkotliwych wątków (a może i dłużej, nie wiem, ciągle odcinek powracał do ekraników z wyborami, poddałem się bez dotrwania do napisów końcowych) nie stwarzających ani spójnej całości ani nie sprzedających ciekawej historii. Ot ciekawostka atrakcyjna chyba tylko dla ludzi których nie było na świecie w latach 90 więc nie widzieli jak nieciekawym pomysłem interaktywne kino jest.

soulsonist
Użytkownik

Nie zalapa;lem sie na hype train dotyczacy Black Mirror. Obejrzalem jeden odcienek, ktory owszem byl zrealizowany poprawnie. Ale Jakos nie potrafie sie wczuc w odcinki niepowiazane ze soba osobowo. DLa mnie serial musi jednak miec jakas nadrzedna linie i osoby ktore wokol niej orbituja.

Aimagylop
Użytkownik

Oj, to trochę współczuję. Opowieści z Krypty, Strefa Mroku, ogólnie tzw. antologie telewizyjne odpadają, a mogą być fajne.

soulsonist
Użytkownik

Wiem wlasnie, ale coz taki defekt 😉 zreszta mam tak samo z krotkimi opowiadaniami, nie jestem w stanie przebrnac przez zbior opowiadan, podobnie jak z serialami, potrzebuje nakreslonej glownej osi i bohaterow, na krotkie historie nie jestem w stanie sie wlaczyc

ammarmar
Użytkownik

Ten film to nieporozumienie. Nie ma nic wspólnego z serialem o tej samej nazwie, gdzie każdy odcinek poruszał jakiś problem społeczny czy kulturowy związany z technologią, zagrożeniami, które może ze sobą nieść itd. Tutaj mamy majaczenia nastolatka z traumą po tragicznej śmiercią matki, który “jedzie” na farmaceutykach, które doprawia później narkotykami, niszczącą psyche muzyką i fascynacją autorem powieści, który wsławił się głównie tym, że stracił kontakt z rzeczywistością i w końcu brutalnie zamordował żonę. Gość generalnie trafia na tę samą ścieżkę, życie pieprzy mu się z grą, którą pisze, robi coraz głupsze rzeczy, wplątuje się w dziwne towarzystwo itd. Aż… Czytaj więcej »