W grze wcielamy się w Davida Gordona, który w 1926 przyjeżdża do domu rodowego po tym, jak jego ojciec dokonuje tam samospalenia. Teoretycznie mamy tylko załatwić kwestie spadku, szybko jednak okazuje się, że całą sprawę otacza znacznie poważniejsza tajemnica, gęstsza nawet od szkockich mgieł otaczających pobliskie wąwozy, ukrywana przez członków nieprzychylnej Davidowi rodziny. Zaczynamy więc myszkować sami, szwendając się w środku nocy po starej, posępnej posiadłości. W dłoni mamy świecę i nie trzeba dużo czasu, byśmy w jej blasku zaczęli dostrzegać niepokojące postacie...Ci strachliwi nie powinni się martwić - Black Mirror nie jest horrorem, choć atmosfera opowieści z pewnością nie należy do najlżejszych. Za główne źródło inspiracji twórcom posłużył gatunek gotyckiego horroru, a cytaty z Edgara Allana Poe pojawiają się nie tylko w materiałach promocyjnych, ale i samej grze. Scenariusz skupia się więc na cienkiej granicy między okultyzmem a szaleństwem; no, przynajmniej chciałby się skupiać.W praktyce rozpisana na sześć godzin intryga bardzo szybko kładzie nacisk na jeden trop. I o ile zaczyna się faktycznie intrygująco - na tyle, że ignoruje się nawet okazyjne, drewniane dialogi - o tyle gdzieś w połowie wchodzi na całkiem nudne i standardowe dla tego typu historii tory. Mgła nagle się przerzedza, cienie na ścianie nie zdają się już tak złowieszcze, a ciekawość, co kryje się za misternymi zamkami, słabnie. I tak do fatalnego końca, gdzie autorzy chyba już zupełnie zapomnieli o klimacie budowanym na początku powieści.Z zagadkami niestety nie jest lepiej. Na początku pojawia się taka jedna z zamkniętym biurkiem - zaczyna się niewinnie, a potem testuje naszą spostrzegawczość i umiejętność kojarzenia faktów w naturalny i pomysłowy sposób. W tamtym momencie, choć byłem zrażony stroną techniczną i częścią dialogów, pomyślałem: łoł, jak będą takie zagadki, to ja w to wchodzę! Niestety, później już nie pojawia się żadna zagwozdka na takim poziomie. Ba, w ogóle takie prawdziwe zagadki można zliczyć na palcach jednej ręki, bo tak to rozgrywka sprowadza się raczej do podniesienia przedmiotu i użycia go - automatycznie, bez konieczności wybierania - na czymś w tym samym pomieszczeniu. Zero wyzwania. No, chyba że do wyzwań zaliczymy szukanie miejsca, do którego trzeba pójść, by popchnąć fabułę...Tak, to w sumie jest wyzwanie, bo gra - szczególnie w pierwszej połowie - lubi mieć nieintuicyjne cele. Skoro mam się spotkać z kimś po obiedzie, a dopiero co jadłem śniadanie, to... ? W jadalni nic nie ma. Do łóżka pójść nie mogę. Aha, już wiem - musiałem porozmawiać z tą postacią, która kompletnie nie ma z tym nic wspólnego i której nie wiedziałem nawet gdzie szukać. Okej.